Nietypowy sposób na związek. Coś, czego prawdopodobnie nikt Ci nie powiedział

lutego 13, 2019

Zasadniczo znam dwa typy kobiet i mężczyzn. Jeden typ to „wolę być sama niż z byle kim”, drugi typ to „biorę wszystko, co tylko na drzewo nie ucieknie”. Kto jest szczęśliwszy? Ogólnie rzecz biorąc, szala zwycięstwa przechyla się trochę na stronę tych mniej wybrednych. Z drugiej jednak strony pełniej szczęśliwi są ci, którzy mają wymagania.

Zbliżają się walentynki. Dzień, którego zasadniczo nigdy nie lubiłam. Nie lubiłam, bo ja ogólnie mało romantyczna jestem. Teraz, na starość, trochę mi się zmienia i nawet lubię sobie czasami świeczkę zapalić i ładną kolację zjeść, ale ogólnie poduszka od „mojego” z napisem „super dziewczyna” to mi służy pod tyłek na fotelu w pracy. Chociaż tak się przydała, ale już ją trochę wygniotłam. Ja nie o tym. Ja o tych nieszczęsnych walentynkach.

Wiem, że wśród osób, które teraz to czytają, jest grono tych, którzy do tych walentynek podchodzą na zasadzie: Ok, są, to są. Dam jakąś czekoladkę i będzie git. Jest grono takich, którzy się wybiorą na kolację i pokażą sobie, co do siebie czują. Ale jest też grono tych i ze strachem (a nie wiem czemu), stwierdzam, że jest ich dość sporo, których ten dzień będzie drażnił. Będą udawać przed znajomymi i rodziną, że nie lubią tego dnia, że to taka nowomoda i po co to komu.

Coś na ten deseń:



Tylko że prawda jest taka, a znam to z autopsji i z ludźmi też potrafię gadać, że najbardziej wypierają ci, którzy wiedzą, że nie mają z kim tych walentynek spędzić. Ci, którzy niby udają twardych, ale w środku zazdroszczą, chociaż nie przyznają się do tego nawet przed sobą. Odrzucenie to najlepszy sposób obrony wobec tego, czego nie możemy mieć. Skoro wiesz, że tego dnia nikt Cię nie przytuli, nie powie, że Cię kocha i nie da tego zasranego kwiatka, to będziesz udawać, że Ty masz te całe walentynki w dupie. Ale gdyby nagle ten „ON” lub ta „ONA” się pojawili, to uwierz mi, że kupiłbyś ten lizak w kształcie serduszka, tak, jak i ja kupiłam.

Ja. Wieloletnia zatwardziała singielka, która walentynek nie obchodzi, bo to zuuooo. To nie było zło. To był po prostu brak możliwości dzielenia z kimś tego dnia. A później mi się odmieniło i teraz ok – zrobię tę romantyczną kolację. Też byś zrobił/a.

Do rzeczy Redaktor. Do rzeczy.

Książę na białym koniu


Część z nas ma w głowie obraz ideału. Idealnego mężczyzny lub idealnej kobiety. To ma być człowiek:

- zadbany
- uśmiechnięty
- z wypłatą
- z miejscem do życia
- inteligentny
- kochający
- oddany
- lubiący to, co my
- i tak dalej i tak dalej

Sporo mamy tych wymagań i prawda jest taka, że one są niby ok, ale jednak czasami nieosiągalne. Czasami stawiamy sobie zbyt wysokie poprzeczki. Skreślamy faceta, bo ma te 2 cm za mało. Skreślamy dziewczynę, bo mniej wykształcona. Odrzucamy kogoś, kto się stara. Latamy za tymi niedostępnymi. Bijemy się ze światem. Chcemy mu wyrwać tę naszą drugą połówkę.

Próbujemy sobie odbić jakieś braki. Chcemy udowodnić coś innym. Mamy złe doświadczenia. Kierujemy się stereotypami. Nie chcemy zaniżać oczekiwań.

No ja mogłabym tak w nieskończoność wymieniać, ale, kurła – po co? Po co, skoro Ty przecież wiesz, o co chodzi. Zdajesz sobie sprawę z tego, czego wymagasz, czego nie przełkniesz i czego szukasz. I trochę Cię to niszczy. To Cię niszczy, bo widzisz, że w tym porypanym świecie to albo nie ma już takich ludzi, albo Tobie się w dupie przewraca i chcesz, cholera wie kogo.

Jak już się zauroczysz w tym swoim ideale, to on Ci pokazuje jednego wielkiego faka i tyle z tego balu. Koniec balu panno Lalu. Koniec miłości, majtki na dupę, jak to Aniela mówiła.

Książęta z bajki są w bajkach. W życiu wszystko weryfikuje się samo. W rzeczywistości jest tak (cytuję pewnego elektryka) – w każdej chałupie jest jakiś dym.

To może wezmę, co się nawinie?


W opozycji do poszukiwań księżniczki czy księcia stoi postępowanie numer 2, mianowicie: biere wszystko. Wszystko biere, co tylko na drzewo nie spierdoli. Byleby ręce były, byleby nogi i jakoś to będzie. To też za mądre nie jest. Tu się można bardzo przejechać. Tu się można jeszcze w dodatku mocno zdziwić i człowiek tylko czas marnuje i nerwy.

Jeśli nie masz absolutnie żadnych wymagań, to tak, jakbyś brodził w wielkim basenie piłeczek w kolorze czerwonym i chciał znaleźć tę jedną jedyną, na której ktoś zazwyczaj flamastrem mały krzyżyk. Możesz trafić od razu, a może się okazać, że to będzie ta ostatnia, a Ty będziesz mieć wtedy 80 lat i aparat tlenowy.

A może tak pośrodku?


Długo wierzyłam, że trzeba mieć twarde i wysokie wymagania, bo tylko to może dać szczęście. Koleżanka wierzyła natomiast, że lepiej sobie wziąć „cokolwiek” a później wychować. To cokolwiek to facet, tak, żeby była jasność.

I ani ja nie miałam racji, ani ona. Rację ma chyba ten, kto umie znaleźć złoty środek.

Pamiętasz, jak wiele było kiedyś małżeństw z rozsądku? Tak się jakoś ludzie dobierali, że ani nie czuli motyli w brzuchu, ani nic, ale jakoś tam żyli. Może smutne to było życie, ale statystycznie część z tych par dogadała się na tyle dobrze, że jak to później powiedzieli: miłość pojawia się po czasie.

Bo nie wiadomo w sumie, czym ta miłość jest.

Czy tym, co czuje Ania, kiedy bebechy wywracają jej się do góry nogami na widok Adama.

Czy tym, co czuje Jola, która, choć nigdy z bebechami problemów nie miała, czuje radość, widząc, jak Jacek, ten w sumie nierokujący dobrze facet, troskliwie zajmuje się ich wspólnymi dziećmi.

Czy może miłość to jest to, co czuje Kasia, która związała się z Markiem dla świętego spokoju, a po roku stwierdziła, że to w sumie miłość jest i że ten dzień, kiedy powiedziała „ok, to spróbujmy”, był dla niej dniem szczęśliwym.

Nie wiadomo, co to jest ta miłość. Czy to jest to, co pojawia się na początku, czy to na końcu. Czy to tylko ten szaleńczy pociąg, czy zaufanie. Bo miłości się zdefiniować nie da, ale jest jedna rzecz, o której warto wspomnieć. Miłość przychodzi, kiedy się jej nie szuka.

Czasami warto dać komuś szansę


Warto dać szansę, nawet jeśli ten ktoś nie jest tym ideałem. Bo do cholerki jednej, Ty też nie jesteś. Gdybyś był/a, to powinniśmy tu mieć cały wianuszek zakochanych, którzy tylko czekają na Twoje skinienie. To nie jest takie proste. Czasami warto spróbować wejść w coś, co tak naprawdę na początku nie pociąga. Bo uwierz, że dla niektórych coś jest lepsze niż nic. Po jakimś czasie można stwierdzić, czy to nadal jest NIC, czy może przerodziło się w COŚ.

Można sobie wyrobić jakieś zdanie. W miarę upływu czasu, kiedy poznaje się człowieka, kiedy się przed nim otwieramy, widzimy, jaki jest i staczamy razem zwykłe życiowe bitwy – wszystko wychodzi. Możemy mieć porównanie.

- Możemy zobaczyć, że przykładowo może i nie ma tego ognia, ale chyba kochamy, bo tam, gdzie był ogień, nie było nic poza seksem, a tu jest wsparcie.

- Możemy zobaczyć, że tam, gdzie był pociąg, nie było nic poza ekscytacją, a tutaj jest pewność.

- Możemy wybrać, czy wolimy porywy serca, czy to uczucie, że ktoś się o nas troszczy, komuś na nas naprawdę zależy.

Tam, gdzie fizyczność gra pierwsze skrzypce, uczucie może się szybko wypalić. Ludzie stawiają sobie wysokie poprzeczki. Ludzie chcą być dla siebie i świata idealni, a nie oszukujmy się – czas prędzej czy później każdego posunie.

Tam, gdzie może nie jest idealnie, jest chociaż prawdziwie. I nie musisz zakrywać każdej fałdki na brzuchu dlatego, że zdecydowałaś się szukać księcia z bajki i teraz Ci wstyd. Nie musisz udawać mądrej, kiedy Ci się nie chce, bo postanowiłaś usidlić profesora i teraz nie chcesz być od niego głupsza.

Tam, gdzie są nieco inne wymagania, jest mniej ściskania pośladów. Więcej luzu. Może też więcej zrozumienia dla normalnych ludzkich słabości. To nie jest reguła, ale praktyka pokazuje, że często tak właśnie bywa.

Czy namawiam Cię do tego, by wejść w związek z rozsądku?


Absolutnie nie. No coś Ty. Ja do niczego nie namawiam. Jak widzisz, przedstawiam dwie opcję i piszę – wybierz sobie. Tylko wybierz świadomie. Miej świadomość wad i zalet. Zdawaj sobie sprawę z tego, że szukanie ideału będzie bardzo mozolne. Może się udać i wtedy wszyscy się zesrają z zazdrości, ale może wcale nie wyjść.

Tak samo, jak z tym związkiem z rozsądku. Może się okazać tym, czego potrzebujesz, a może być klapą. Sęk tkwi w tym, że zarówno jeden i drugi związek może się okazać równie dobry lub równie zły.

To nie jest tak, że tam, gdzie górę weźmie rozsądek (no bo lata, no bo potrzeby), tam będzie gorzej. O nie, kochanie. Ryzykujesz tak samo, jak tam, gdzie idziesz na żywioł.

W związku z pociągu pierwsze skrzypce gra serce, a głowa budzi się później. Serce może skakać nadal, ale głowa może dostrzec, że czas się zbierać.

W związku z rozsądku najpierw działa głowa, a potem decyzje podejmuje serce. Głowa może przestać myśleć, ale serce stwierdzi, że zrobiło się cieplejsze.

Nie demonizuj wyborów pt. spróbujmy, chociaż teoretycznie wcale mnie nie kręcisz. I nie myśl, że motyle w brzuchu będą gwarancją, że się ułoży.

Co tam naprawdę chce Ci powiedzieć przez ten tekst? Ano to, że droga do tego, co zwiemy „miłością”, może prowadzić przez różne wertepy. Że miłe początki mogą się kończyć źle, a nudne w sumie dobrze i na odwrót. Nie wiadomo. A skoro nie wiadomo, to warto spróbować.

Jeśli do tej pory nie wychodziło wtedy, kiedy serduszko mocniej pikało, to może warto się trochę przewartościować i spróbować, mimo że serduszko nie pika? Podejść sobie tak na chłodno. Bez emocji. A jak nie będzie emocji, to i potrzeby nie będzie. Nie będzie braku. A jak nie ma braku, to nie będzie nadmiernego potencjału. Może się uda. Może któregoś dnia stwierdzisz, że to była dobra decyzja.

Może kiedyś kupisz w osiedlowym sklepiku lizaka w kształcie serca dla kogoś, kto od początku nie robił na Tobie dobrego wrażenia i wręczając tego lizaka, wspomnisz wszystkich tych, do których serce biło, a którzy lizaka nie chcieli.

2 komentarze:

  1. Próbowałam opcji "Spróbujmy, chociaż czuję do Ciebie bardziej przyjaźń niż zawrót głowy".
    Próbowałam też "Spróbujmy, bo mam obsesję na Twoim punkcie, chociaż nie mogę na Tobie polegać".
    I jedna i druga opcja to opakowany lęk przed samotnością i okazja żeby przyjrzeć się swoim cieniom. I bardzo uczące lekcje na własny temat, przez które warto przejść.
    Niektóre relacje zaczynają się bez "spróbujmy". Po prostu wchodzi się w nie jak w masełko. Bez wywracających się flaków i nieprzespanych nocy ani bez tłumaczenia sobie, że nie jest tak źle i może się rozkręci. Ale żeby takie coś się zaczęło, przede wszystkim trzeba sobie na to pozwolić. Wytrzymać wszystkie chęci wejścia w relacje, których pod jakimś względem nie czujemy, albo wejść w nie i dostać te kopy w dupę, które nas nauczą, że w relacje wchodzi się wtedy, kiedy się czuje, że się jest gotowym, i wtedy one właśnie przychodzą, i to jest wszystko :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tęskniłam Pani Redaktor :)) Jak zwykle super tekst

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.