A Ty? Czy potrafisz sobie spojrzeć prosto w oczy w lustrze i powiedzieć, że jesteś NAPRAWDĘ SZCZĘŚLIWY?

grudnia 03, 2018


Czasami jest tak, że, jak masz papu, dach nad głową i jako takie zajęcie, czyli wszystko to, co podstawowe, to zaczynasz schodzić głębiej i kminić. Zastanawiać się nad różnymi rzeczami. Myśleć. I nie – to nie będzie optymistyczny tekst. Wręcz przeciwnie – to będzie pieruńsko pesymistyczne pisanie dla tych, którzy naprawdę zajmują się w życiu czymś więcej niż tylko jedzeniem, robieniem kupy i oglądaniem M jak miłość. To będzie dla tych, co jeszcze umieją myśleć i czasami nawet lubią.

A o czym pomyślimy? O emocji bardzo wyświechtanej. Wytartej jak stare jeansy i rozjechanej jak stare kalosze. O SZCZĘŚCIU, jakkolwiek naiwnie by to nie brzmiało, bo powiem Ci, że większość z nas tak naprawdę, w głębi duszy, tam w środku, w sobie – nie jest szczęśliwa.

I jeśli teraz sądzisz, że czytasz człowieka, który jest szczęśliwy, to sorry, ale bardzo Cię rozczaruję, bo… nie jestem szczęśliwa. Staram się być. Dążę do tego. Ale nie jestem i Ty najprawdopodobniej też nie.

Bo czy potrafisz stanąć teraz przed lustrem i tak szczerze, z pełnym przekonaniem i bez chwili najmniejszego zawahania się powiedzieć, że jesteś NAPRAWDĘ SZCZĘŚLIWY? Że masz wszystko, niczego nie potrzebujesz, każdy aspekt jest taki, jak chcesz, żeby był i ogólnie to jest zajebiście?

Że jesteś szczęśliwy w tej robocie, do której chodzi, bo musisz albo którą kochasz, ale która Cię już wypala?

Albo, że jesteś szczęśliwy w tym związku, który z boku wygląda tak cudnie, a wewnątrz jest pusty i czujesz się w nim samotnie?

Albo w tej rodzinie, z którą dobrze tylko na zdjęciu?

W tym domu czy mieszkaniu, które albo brzydkie, albo na spłatę jeszcze przez 26 lat?

Albo w tym niby idealny życiu, którego każdy Ci zazdrości, a które tylko Ciebie nie cieszy?

Czy naprawdę, tak do głębi, do szpiku czujesz się szczęśliwy? Nie? Nie czujesz się? Masz wrażenie, że życie spierdala Cię między palcami? Że tam za rogiem czeka coś lepszego, ale strach tam pójść? Że wiele rzeczy można było zrobić inaczej, ale teraz już się nie da? Masz to wrażenie, że z każdą zmarszczką tracisz coś, co już nie przyjdzie? Że potrzebujesz więcej porywów serca, spontaniczności, miłości, szczerości, oddania i spokoju?

Złapmy się teraz w myślach za ręce wszyscy, którzy to czują. Wszyscy, którzy chcieliby, ale nie mogą. Chcą, ale się boją. Próbowali, ale się nie udało. Jest nas dużo. Więcej niż myślisz.

Im większa ambicja, tym mniej szczęścia


Śmiem twierdzić, że im więcej masz ambicji, tym mniej poczucia szczęścia. Naprawdę farciarze z tych, którzy nie chcą wiele, bo oni ucieszą się ze wszystkiego. Minuta ciszy dla tych, którzy mają wyrywne serce, bo nigdy nie poczują spełnienia. A dwie minuty dla tych, którzy ambitni, a za dzieciaka dostali po dupie. Czy to od dennych starych, czy od głupich młodych. Dla nich dwie minuty. Oni podwójnie w dupę kopani.

Bo to jest tak – jak Ala chce mieć jedną lalkę, to pragnienie lalki jest na poziomie 1. Jak Kasia chce mieć 3, to pragnienie trzy razy większe. Jak Joasia chce mieć 10, to się spala. Bo   dostać 10 lalek to jest sztuka. Kiedy Ala jest szczęśliwa po dostaniu jednej, Joasi będzie nadal przykro nawet przy dziewiątej. Im więcej ambicji, tym mniej szczęścia.

I teraz ktoś powie, że moment, Redaktor, ale przecież mieć ambicję to dobrze! Dobrze. Ja się z tym zgadzam. To bardzo dobrze, ale jednocześnie zajebiście trudno. Trudno w świecie, kiedy inni mają tak wiele.

- W świecie, w którym koleżanka ma własny dom, a Ty nie.
- W świecie, w którym kuzynka ma kochającego męża, a Ty rozbójnika.
- W świecie, w którym siostra zarabia 10 koła a Ty 2 i to z trudem.
- W świecie, w którym sąsiadkę kochali, a Ciebie nie kochał chyba nikt.

Ty masz ambicję na piękny dom. Masz na super męża, masz na fajną pracę i na miłość. Na szczęście, na spokój i na darmowe bilety na przedstawienie „Akceptacja”. Wszystko chcesz.  I masz też tę pieruńską świadomość, że na chceniu się kończy.

Bo im Ci trudniej, im więcej chcesz, a mniej masz, tym mniej szczęścia. No Amerykę odkryłam – naprawdę. No odkrycie na miarę Nobla. Ale dostać można jobla. Niby jedna literka, a jaka różnica. To jak z tym robieniem komuś łaski czy laski – wiele zmienia.

Jak ktoś mi teraz stanie tu i powie, że:

- Ja jestem szczęśliwy na maksa, w 100% i nic bym nie zmienił.


Wtedy wstanę i uderzę się w pierś. A kierowca autobusu też wstanie i zacznie klaskać, ale póki mi tu nikt tak nie stanie i póki nikogo nie prześwidruje, czy aby mu na pewno oczy nie kłamią, to powiem Ci, że – my tak naprawdę nie jesteśmy szczęśliwi.

Przybieramy maski. Przybieramy pozy. Jedne dla ludzi. Inne dla siebie. Przed ludźmi wstyd, że nam nie pykło, ale i wstyd przed sobą. Może przed sobą jeszcze większy, bo przecież każdy ma gdzieś tam w sobie to poczucie wartości. Nawet jak Ci rodzice od dziecka wbijali do głowy, żeś nic nie wart, że głupi i głupi zostaniesz, to Ty tam w środku krzyczysz.

Krzyczysz:

- Nie! Nie macie racji. Ja coś znaczę.

Taki cichutki krzyk, ale jak przychodzi co do czego, to i tak Cię sabotuję. Masz w sobie taką dziurę i wiesz, że za huia jej nie zatkasz. Na co dzień przykryta. Niewidoczna dla innych. Za fasadą z ładnych ciuchów i sztucznego uśmiechu, ale jest. Taki brak i w sumie to możesz nawet do końca nie wiedzieć, czego to jest brak. Po prostu masz tę dziurę jakby od zawsze, a że nic nigdy tam nie było, to w sumie nie wiesz, czym ją zatkać. Co by nie wsadzić, to nie pasuje. Co by nie zrobić, dziura zostaje.

Jakbyśmy się wszyscy teraz tak na hasło koncertowo rozebrali, rozebrali z masek i fasad, to by się mogło okazać, że każdy ukrywa dziurę. Jeden małą, inny średnią, ale byliby i tacy, których ta dziura już pochłania. Jak ta czarna. Ta, co to jak się do niej zbliżysz, to Cię wessie i w sumie nie wiadomo kiedy i czy w ogóle wypluje. Może dlatego boimy się rozbierać. Tak mentalnie – z tych naszych fasad, bo tam pod spodem nie ma tych silnych roześmianych dziewczyn i tych męskich twardych facetów tylko małe dziewczynki z lizakami i mali chłopcy w osikanych majtkach. I do tego trzeba się przyznać.

Do tego, że tam teraz, za ekranem siedzi mała dziewczynka z lizakiem i ona chciałaby, żeby ją teraz ktoś przytulił i powiedział, że kocha ją bez żadnych wymagań i warunków. I siedzi ten mały chłopczyk, chociaż na skroni ma już może pierwsze siwe włosy i on też by chciał, żeby ktoś go objął i powiedział, że w sumie to nie musi ciągle walczyć i czegoś udowadniać, bo wystarczy, że jest.

Tylko wiesz, co w tym najgorsze? Że rzadko się taki scenariusz zdarza. Rzadko ktoś do tego dziecka podejdzie. Ono tak siedzi 20 lat. 30. Czasami całe życie. Umiera z wyschniętym lizakiem w ręku i w osikanych majtkach. Umiera i wie, że nigdy nie było szczęśliwe. Czasami umiera już za życia, bo myśli i wie, na czym stoi. Na zewnątrz uśmiech z idealnie równych śnieżnobiałych zębów. W środku krzyk – nie jestem szczęśliwy!

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.