Ten świat nie może o tobie zapomnieć

kwietnia 29, 2018


Masz dzisiaj jeden z tych niepowtarzalnych dni. Możesz go zapamiętać. Może się stać tym jednym z niewielu, które w Tobie zostaną. Tym początkiem czegoś fajnego, motywacją, siłą. Może będzie lepszy niż wszystkie inne razem wzięte.  Teraz wszystko jest takie masowe. Ma być dużo, a nie dobrze. Ilość jest ważniejsza od jakości. A czasu nie ma dużo...

Tabula rasa - zapełnij ją


Czysta kartka. A4 – więcej nie zmieścimy. Te kilkadziesiąt lat, jak dobrze pójdzie. Sześćdziesiąt, siedemdziesiąt, a dajcie niebiosa, żeby więcej. I teraz zaczyna się wyścig. Mamy tak mało czasu, a tak wiele do zrobienia. Pasowałoby coś po sobie zostawić. Żal umierać, nie zaznaczywszy na świecie siebie i tego, że tu byliśmy. Cholerny żal odejść i żeby nikt Cię nie wspominał. Na co wtedy to życie? Na co starania, skoro zginiesz, jak marny puch?

- Dla siebie – powiedzą, ale to za mało.

Jakoś mało mi na myśl, że wszystko, co przeżyję, mam zabrać ze sobą na wieczną niepamięć. A gdzie nauka pokoleń? Gdzie „uczmy się dzieci na błędach cioci, bo ciocia to nią raz w dupę dostała i życie zna?”

Ponoć, dopóty człowiek żyje, dopóki nie ginie pamięć o nim. Zostawmy coś po sobie. Stwórzmy coś. Cokolwiek. Jakiś lipny obrazek, który będą w rodzinie przekazywać jak świętego Graala, jakieś wspomnienia, żeby się dzieciom i wnukom dobrze czytało. Może jakieś małe-wielkie dzieło, ot tak, żeby po prostu było i żeby później łatwiej umierać.

Nie marnujmy czasu, na te wszystkie bzdety. Na te głupie seriale i do niczego niepotrzebne gadżety. Nie traćmy tych cennych dni i sekund. Bo nie dostaniemy ich znowu. Nikt nie przyjdzie i nie da nam biletu na powtórkę. Ten film można obejrzeć tylko raz. Od drugiej strony ekranu. Tam w środku. I jeszcze trzeba grać, a nikt nie dał scenariusza. Nad głową stoi reżyser i ciągle klaps za klapsem. Bez charakteryzacji. Tylko muzykę ktoś podłożył – raz deszcz, raz śmiech, raz jęk rozkoszy, a raz łzy. I graj! Graj, bo patrzą i puszczą na żywo.

Wstajemy jak te zombi. Idziemy do pracy, harujemy na chleb, jemy, myjemy się i śpimy. I powtórka. Znowu. Znowu. Później tylko szybciej. I jeszcze raz. I dubel. Gramy w teatrze a nikt nawet nie płaci za bilety. Ludzie tylko przychodzą, popatrzą, pokręcą nosem, fukną i wyjdą. A nam zostaje jeszcze scenę zamieść. I umyć. A często myjemy na kolanach. Bo kiedy kończy się akt sztuki, to trzepa złapać oddech, a przecież za powietrze też musimy zapłacić.

I tak nagle budzimy się, a tu się okazuje, że mamy 60 lat. I gdzie ten czas się podział? Ile dobrego zrobiliśmy? Ile chwil przeżyliśmy, które pozwoliły nad oddychać pełną piersią? Daliśmy się złapać w sieć beznadziei. Odmawiamy sobie przyjemności z pełną determinacją, sądząc, że poświecenie będzie nam wynagrodzone.

Nie będzie.

Czego nie użyjesz, za to nikt Ci urlopu nie wypłaci.

Nawet chorobowego.

Powinniśmy coś po sobie zostawić. Cokolwiek byle było nam lżej, że nie przewaliliśmy na głupoty tego cennego czasu. Bo taka prawda, że każdy z nas boi się umrzeć. Najpierw nie szanujemy życia a później, gdy dopada nas kostucha, udajemy debili, że to przecież tak wyszło. Że my się staraliśmy. Guzik. Guziczek prawda. Taki malutki, od kalesonów. I w dodatku po wewnętrznej stronie. Ten, co to się go zaszywa, żeby nie wyskoczyło to, co nie trzeba.

Musimy coś w życiu zrobić. Cokolwiek, byleby po nas zostało. I nie, nie mam tu na myśli dzieci. Nie idziemy na łatwiznę. Coś jeszcze. Coś, co powstało z miłości i pasji. Coś, co lubimy. Czemu możemy poświecić 5 minut dziennie i złożyć to do kupy, a wyjdzie nam dzieło życia.

Świat nie powinien zapominać o nikim, kto żył. Każdego powinno się docenić. Każdy zasługuje na swoje 5 minut w eterze. Swoją jedną sztukę na scenie, ale tak, by widownia była pełna. A później może opaść kotara. Mogą bić brawo albo nie. Nie ma znaczenia. Liczy się fakt, że nie zapomną. Nie ważne, czyli im się będzie podobać, czy nie. Nieistotne, czy się zgadzają, czy potępiają. Mają zapamiętać. To musi im się wwiercić w głowę. Przeszyć mięśnie, tak jak każdy orgazm odciska zmarszczkę na twarzy, tak ta sztuka musi zaryć głęboko w kręgosłup, niczym pług, który orze miękką wiosenną ziemię. To jest wszystko takie intensywne. Takie mocne i straszne zarazem. Ta rola, ta największa rola życia nie może być odegrana samotnie.

Kiedy rozłożą czerwony dywan a ktoś krzyknie „The winner is” musisz wiedzieć, jak się ukłonić. Jak pozdrowić tłum i powiedzieć|:

- Żyłem. Było ciężko, starałem się, nie wszystko się udało, ale kurwa, nie żałuję. Zrobiłbym to jeszcze raz.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.