Ten pot, który dziś wylejesz, kiedyś się opłaci...

kwietnia 07, 2018

Gdyby ktoś spotkał ją na ulicy, w życiu nie pomyślałby, co będzie dziś robić. Nie zgadłby, że kiedy wróci z pracy i zdejmie te piekielnie niewygodne szpilki, a później ściągnie przez łeb tę kieckę, co to niby krzyk mody, a pod pachą obciera, to weźmie widły, włoży krzywe gumowce i pójdzie na wielką kupę śmieci — sprzątać ją. A co.

Kiedy idzie chodnikiem, to nie wygląda na taką, co to się ima fizycznej pracy. Ludzie sądzą, że to taka zimna korpo suka. W tych modnych okularach, z tym badającym spojrzeniem, w piętnastocentymentrowych butach i nogach napiętych, jak struny wiolonczeli. Bardziej widzieliby ją w jakiejś znanej siłowni albo w restauracji, w której się żre homary i zapija drogimi sikaczami.

A ona z widłami dzisiaj spędzi wieczór. I jej nieprzyzwyczajone ręce będą wyglądały jutro całkiem inaczej. Nie będzie już gładkiej białej skóry, tylko odciski i połamane pazury. Te, co to niby pracy fizycznej nie znają.

Wie dobrze, że to nie jest ciężar dla niej. Że to nie taka robota, ale pójdzie, bo ma marzenie.

Często spotykam ludzi, którzy pytają:

- A po co on to robi, jak nie musi? Poleżałby sobie skurwysyn, odpoczął od pracy.

Taaaa. Oczywiście. Bo Ty w swoim życiu masz właśnie dwa wyjścia:

- albo sobie poleżeć
- albo zapieprzać na to, czego chcesz

Wybór zawsze należy do Ciebie.

Dziwi nas, że można robić to, czego nie trzeba. Że ktoś zakasuje rękawy i robi coś, bo chce. Bo w dzisiejszym świecie chcieć to jest wielkie święto. My raczej musimy, a jak nie musimy, to nie robimy. Jak nie trzeba, to się nie robi, no bo po co? Lepiej sobie poleżeć albo pospać. A życie mija.

Weszła do takiego osiedlowego sklepiku. Małe to takie, bidne, ciasne, ale wybór był. W rogu stał ten śmieszny regał a na nim różne nasionka. Pietruszka, marchewka, lodowa sałata, późna fasolka i nawet koperek, a tak go przecież lubi. Zdjęła z regału 7 małych paczuszek i dobrała do tego 3 pary zielonych roboczych rękawiczek a później w te pędy do kasy w tych szpilkach jak czapla.

- Ogródek będzie pani zakładać?

- A będę.

- No nie pomyślałabym — spróbuj sobie wyobrazić, że wycedziła to tak, jakby jej ktoś włożył do buzi rozpuszczającą się kupę. Z takim mlaskaniem. Niesmacznym zresztą.

- A to czemu?

- Bo pani zawsze taka elegancka, aż trudno uwierzyć, że warzywa ma pani z ogródka, a nie ze sklepu.

- Tak babo — pomyślała. — A mięsko mam z drukarki 3D a kartofelki wyskakują mi z takiej maszynki do gofrów. — Każde warzywa są, proszę pani, z jakiegoś ogrodu.

Uśmiechnęła się tylko, chuj wie, czy przyjaźnie, czy zgryźliwie, a potem skasowała i:

- Dwadzieścia siedem pięćdziesiąt trzy poproszę.

Jak masz marzenie, to Ciebie się nie imają głupie komentarze. Ty masz wtedy cel i wiesz, czego chcesz. I nie jest ważne, czy ten cel wielki, czy mały. Nie ma znaczenia, czy to jest budowa wieżowca, czy swój własny mały ogródek 5 m x 7 m. W sumie 35 metrów a Ty chcesz mieć 7 rodzajów warzyw. I w nosie masz, że tam glina a póki co to jeszcze kupa śmieci.

- Tuuuu narazieeee jest ściernisko, aaaaale będzie San Franciscoooo — śpiewała sobie pod nosem przy każdych podnoszonych widłach śmieci.

Trzeba je było wywieść. Inaczej ogródka nie będzie. Pod tą kupą śmieci jest ziemia, a w tej ziemi ma wyrosnąć koperek i choćby tam miała stanąć na rzęsach, urośnie.

To jest siła. Siłą jest, kiedy zdejmujesz szpilki, wkładasz gumiaki i idziesz ryć jak kret na ugorze. Kiedy nie musisz. Możesz sobie kupić koperek w sklepie, bo Cię stać do jasnej anielki na tonę tego pieprzonego koperku, ale chcesz mieć własny. Bo tak Ci się w głowie uroiło. Bo jak dorwałeś kawałek własnej ziemi, to zechciałeś dać jej życie. I nieważne, że glina, że syf na razie. Pamiętaj, przy każdych podniesionych widłach mówisz: Tuuuu na razieeeee jest ścierniskooooo, ale będzie San Franciscoooo...

Koleżanki w tym czasie siedzą na spasionych tyłkach w kinie. Koledzy piją piwo i oglądają mecz. A ona z widłami, w takim prototypie ogródka, bo jej w sercu gra ogródek. Ta pachnąca pietruszka i te chylące się ku ziemi strąki fasoli.

- Głupie — powiesz, ale nie zrozumiesz.

Tak jak nie zrozumieją ci, którzy nie robią nic ponad to, co muszą. Oni się złapią za głowę i krzykną:

- Hej, a co Ty tam robisz, odpocznij, sobota jest.

A Ty wiesz, że dla Ciebie odpoczynkiem świadomość, że spełniasz marzenie. Bo tym Twoim marzeniem jest mały, własny, bujny, pieprzony ogródek na glinie.


I niech się śmieją. Niech Cię wytykają palcami. Niech się pukają w te swoje puste głowy, a Ty kop dalej. Nie daj sobie wmówić, że Twoje marzenia są małe, liche i głupie. Nie daj sobie wmówić, że jak Cię stać, to kup sobie w sklepie. Każdy sobie potrafi kupić w sklepie. Nie każdy potrafi urobić ręce w gównie, żeby stworzyć coś sam.

Jak nie musisz, a robisz, to jesteś w domu. Bo to nasze krótkie życie składa się z chwil, które cieszą i z reszty. Jest utkane małymi planami, małymi marzeniami, które same się nie zrobią. Twoja praca, myśl, poświęcenie - to daje im życie. Pot będzie Ci płynął po plecach w ten gorący dzień. W ziemi będą kamienie, nogi poranisz drzazgami, zaboli Cię kręgosłup i  odciśniesz sobie ręce. Rano poczujesz każdy mięsień, stracisz dzień, może miesiąc. Zmęczysz się, wydasz pieniądze, ale wygrasz. Dostaniesz to, czego tak chcesz.

A później to wyrośnie. Ze łzami w oczach będziesz obserwować, jak któregoś pięknego dnia przez wilgotną ziemię zacznie się przebijać mała roślinka. Wynurzy głowę, rozejrzy się, a później zawoła koleżanki i wyskoczą wszystkie. Tego dnia będzie padał deszcz. Będziesz stać w klapkach na ziemi, która aż płynie i patrzeć na swoje małe roślinki.

Na niebie przelecą ptaki, jakiś samochód w oddali zatrąbi na kota, a dla Ciebie świat się zatrzyma. Zatrzęsą Ci się usta tak, jak trzęsą się komuś, kto wie, że zaraz zacznie płakać, a nie powinien. I później wywiniesz je w taką podkówkę, żeby przełknąć ślinę i wziąć oddech. I nikt nie pozna, co deszcz, a co Twoje łzy.

Zobaczysz ziemię, która zaroi się od tego, co wcześniej powstało w Twojej głowie. Poczujesz zapach bólu i potu, które wylałeś tu wtedy, gdy inni bawili się w najlepsze. Zobaczysz jak wiatr delikatnie smaga Twoje roślinki, jakby się z nimi bawił, a one będą się rozkosznie zwijać, jak dzieci, które się łaskocze. Poczujesz ten sam dreszcz, który teraz wędruje po Twoim karku. I wtedy zrozumiesz, że nie ma takiego bólu, którego nie zniósłbyś dla tej chwili ponownie.

To będzie wielkie wydarzenie. Twoje małe eldorado. A później drogą przejdą ci, którzy się wtedy śmiali. Zerkną przez płot do Twojego ogródka, udadzą, że nie widzą i pójdą dalej. Ale chuj ich strzeli, zapewniam.

Tylko pamiętaj, że tym ogródkiem może być wszystko. Cokolwiek robisz, to jest jak ten ogródek, do którego idziesz z widłami, chociaż ludzie widzą Cię w garniaku. Cokolwiek wymyślisz, jest jak ten koperek, któremu trzeba przygotować miejsce. Cokolwiek osiągniesz, jest jak ta roślinka, która pewnego dnia wygląda radośnie z ziemi jakby się cieszyła na Twój widok a Ty wiesz, że warto było. Kurwa, warto było wszystko. I płakać i cierpieć. I zwać na świat i się starać. Warto było stać wtedy w tym deszczu jak pajac. Tego już nie zapomnisz.

I pewnie Cię nie zdziwi, że tą, która zdejmie dziś szpilki, będę ja. Mam już ładne widły. Zielone i z gładkim trzonkiem. Pamiętaj, że kiedy będziesz dziś tracić czas, ja będę tam kopać. I śpiewać: tuuuu narazieeeee jest ścierniskoooo....

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.