Statystyczna Polka gotuje obiad - mocno na wesoło

kwietnia 20, 2018

Wstałam. Oczy jakie podpuchnięte. Włos w nieładzie. Japa się drze jak stare gacie, ale to nic. Mam dzisiaj wolny dzień. Będę gotować obiad a później to już tylko leżeć do góry dupą. Odwalę coś dobrego, bo dawno nie było nic super.

- Staaaryyyy, co będziesz żarł na obiad?

- Grażyna, co zrobisz to zjem, byleby do 13.00 było, bo mam dzisiaj popołudniówkę.

Do 13.00. Ok, zdążę z palcem w d***… Z palcem w misce. Mielone zrobię. Taaaaak, mielone, mieloniutkie, dobruśkie kotleciki smażone na smalcu. Jak u babci, a nie na jakimś oleju z pierwszego tłoczenia. A do tego kapuchę i kartofle z koperkiem.

- Mamo, ja nie będę jat kokletów – Brajanek wiesza mi się na nodze. - Ja będę jat koladki.

- Koladki k**** się zachciało.

- Będziesz jadł co matka zrobi, nie denerwuj mnie.

- Mamo, a ja bym chciała losołek.

- Dżesika dziecko mama nie będzie dzisiaj gotowała rosołku, bo dzisiaj sobota jest i nie mam tak dużo czas.

- To zjem koladkę.

Jezu Chryste, czterech ludzi w domu i każdy chce co innego. A Ty weź babo teraz gotuj dla jaśnie państwa cztery k*** różne wersje, żeby każdemu godzić.

- Kotlety będą, zrozumiano?! A niech się ktoś jeszcze raz odezwie, że chce coś innego, to won do babci, jasne?

Janusz zrobił minę jakby mu ktoś do kieszeni nasrał, taką wiesz mieszankę oburzenia ze skrajnym niedowierzaniem i zrezygnowaniem a dodatkowo poczuciem, że już tego gówna z kieszeni nie wytrzepie.

Dżesika zabrała zestaw z Hanną Montaną i poszła w siną dal a Brajanek zlał się w spodnie. Muszę przy tym zaznaczyć, że cały czas był uwieszony na mojej nodze, więc wiesz…

Maszeruje sobie dziarsko do sklepu obok bloku po składniki. Życie mnie dzisiaj nie rozpieszcza. Po drodze spotkałam Baśkę, a Baśka mówi, że będzie robić deser do obiadu.

K****, Baśka ma w sobotę czas na desery a ja nie mam? Będzie i deser, jasny szlag! Budyń będzie. Z brzoskwiniami. I z czekoladą. A co! Niech wiedzą, że się matka potrafi poświęcić!

Targam te siaty do domu, no i standard. Torebka z pyrkami pękła mi już na parkingu przed sklepem. Czemu ja się nie dziwię? Jeszcze się tak nie zdarzyło, żebym wszystkie kartofle do domu doniosła. Kupuje 3 kg, donoszę 2 kg. A później się patrzę z balkonu, jak na parkingu przed sklepem kartofle kiełkują. Nigdy bidne nie dojrzeją do końca, bo zawsze je jakiś żul zaszcza i później wiszą takie kikuty zeschnięte a Mańka ze sklepu się cieszy, że jej szefowa 5 lat temu takie egzotyczne krzaczki wsadziła. Nie wie głupia pinda, że to są moje zgubione kartofle oparzone sikami.

Jeszcze jeden mi wypadł, potoczył się w trawnik, k**** tego już nie daruje. Podniosłam, trochę się oblepił w jakieś włochate badziewie, ale trudno – umyję, obiorę i będzie jak nieśmigany.

Dotargałam. Wtaczam się jak ta słonica. Z torebki leci mi po nodze woda od mięsa mielonego, pot spływa mi z czoła, zipię i stękam ku uciesze Janusza.

- Grażynka, szkoda. że Ty takich odgłosów w nocy nie wydajesz...

- Milcz. Milcz dziadu, Ty to powinieneś targać. I proszę więcej takich aluzji nie robić, ja po nocach nie będę po marketach z kartoflami latać! Jest chłop w domu, ale to jest dupa nie chłop, jak ja muszę siaty targać.

Gniotę sobie mięsko radośnie, siekam cebulkę, sypie przypraweczkami i patrzę, a Brajanek coś wpierdala.

- Brajanek co Ty jesz?

- Kiwi.

- Jakie kiwi, dziecko? - już mi przed oczami całe życie stanęło, bo wiem, że my kiwi w domu nie mamy, a ten pokazuje połówkę tego kartofla co mi się w trawnik potoczył.

- Jeeeeezus Maria! Dziecko, to nie jest kiwi, to jest kartofel, daj mi to, gdzie masz resztę?

- Am, w bzusku.

- Wypluj to, szybko, daj mamusi, no kochanie daj, no otwórz buzię. Janusz, skurwysynu, jak dziecka pilnujesz, on surowego kartofla zeżarł!

- Nic mu nie będzie.

Fakt, nic mu nie było. Za 5 minut wyrzygał mi to na nogę. Na tę samą, na którą mi wcześniej nalał i którą sobie wodą od mięsa pochlapałam.

Ciężkie jest życie matki i żony. Nawet kobito na spokojnie obiadu nie upier****isz, bo jak nie urok to sraczka albo przemarsz wojska.

Obieram kartofelki. Strużę sobie, strużę i podśpiewuję radośnie jakby się nic nie stało, ale k****, stój! Soli nie mam! Przecież sól miałam kupić.

- Janusz, idź do sklepu po sól, bo zapomniałam.

- Boże Grażyna, ja nie wiem, czy wszystkie baby są takie tępe, czy tylko mi się taka dzida trafiła, ale oświadczam Ci w tym momencie, że nie mam czasu i weź sobie ze składzika tę, którą zimą chodnik sypałem.

Wzięłam. Naprawdę wzięłam. Zdesperowana kobieta zrobi wszystko, żeby ugotować rodzinie obiad. Nawet przesieje przez zęby sól drogową, żeby paprochy wyłapać… A że mam dużą przerwę między dwójkami, to później musiałam jeszcze raz przez sitko…

Gotują się. Pyry się gotują. Posolone drogową solą, ale się gotują. Teraz kotleciki. Formuje, robię część w kuleczki, bo Dżesika nie zje spłaszczonych, połowę płaskie kółeczka, bo Brajanek nie zje kuleczek i resztę w takie półkilowe, bo Janusz jest takim leniwym chu**m, że trzy razy nie będzie sięgał do talerza. Dla siebie robię takie falliczne, bo mi się dobrze kojarzy jak do buzi wkładam. Z Frankiem z drugiego piętra mi się kojarzy, on też ma taki tłuszcz na dupie…

Teraz kapustka. Otwieram beczkę i uderza mnie taki ostry, otumaniający, domowy zapach… końskiego łajna…

- Co jest, k****!? Tydzień temu ta kapusta była dobra.

Trudno, zrobi się coś innego. Co ja tu jeszcze mam? Bo tak ogólnie to ja mam owsiki, cellulit i halluksy, ale teraz to mi bardziej chodzi wiesz, o zapas w lodówce.

Marchew mam! Jeeee! Sukces! I jabłka mam! Woooow! Będzie marchew z jabłkiem i proszę nie oceniaj, że to nie pasuje do mielonych. Co mam, to robię.

Trę marchewkę i trę i już widzę oczyma duszy, że kończę i wiesz co? No zgadnij. Przytarłam sobie kłykcia na środkowym palcu. No powiedz mi, czy to tak k**** musi być, żeby niczego nie utrzeć, żeby kłykcia nie zetrzeć? Grzebię w tej marchwi i szukam tego kawałka skóry, ale wpadł gdzieś i tak sobie myślę:

- No dobra, jest 25% szans, że trafi się akurat mnie, to zaryzykuje.

Starłam. Posoliłam drogową solą i mieszam. Wygląda znośnie i tak sobie powtarzam w myślach to, co mi zawsze mamusia mówiła:

- Grażynka, Ty się dziecko nie przejmuj, że Ty nie umiesz gotować, ten pasztet za którego wyszłaś i tak wygląda jakby się żywił padliną, więc jemu nie zrobi różnicy, jak Ty ugotujesz. Uwierz mi, zobacz na swojego tatusia – od 40 lat żre paluszki rybne z Biedronki i nadal sądzi, że to devolaje.

Mama miała zawsze rację. Janusz też od 6 lat sądzi, że posypuję mu zupy pietruszką, a to jest od maja do października pokrzywa, a od listopada do kwietnia sianko spod wigilijnego obrusu. I jeszcze tłumok nie wpadł na to, dlaczego u nas pod stołem w wigilię jest cały snopek siana.

Ugotowało się! Jeeeestem boginią jak Magda Gessler, Makłowicz i Okrasa w jednym. Cedzę kartofelki. Pokrywka mi się zsunęła. Jeden wpadł do zlewu. Rozejrzałam się na boki, nikt nie widział, wrzuciłam z powrotem do garnka. Nałożyłam pięknie surówkę na półmisek i dosmażam kotlety. Tłuszcz pryska mi wszędzie. Wszędzie. Na uszy, na nos, na głowę, na plecy i na przerwę między dużym palcem u nogi a tym kolejnym. Wychodzę taka cała otłuszczona i zrzucam te kotlety na talerz.

Nakrywam do stołu i siadamy. Dżesika po prawej stronie, Brajanek po lewej a Janusz na wprost mnie. Wstrzymuję oddech i czekam, które pierwsze powie, że coś jest nie tak.

- Mamusiu, mam klopeczkę.

- Jaką kropeczkę, skarbie?

- O tu, klopecka – patrzę mu do talerza, a tam faktycznie, pestka z jabłka, no to wyciągam i mówię – już jest ok, jedz Brajanku.

- Mamo, mój koklecik jest za duzy – kroję Dżesice kotleta na 4 kawałki.

- Już nie jest. Jedz Dżesika.

- Grażyna, a co te kartofle tak jebią płynem do mycia naczyń?

- Janusz, zamilcz. Nie jebią płynem, tylko to jest taka odmiana, która rosła w Hiszpanii obok morza i one tak algami dają.

- A to chyba, że tak – odpowiada, a ja wzdycham z ulgą, że ten kartofel ze zlewu trafił się akurat jemu. Dzieci uratowane. W międzyczasie wycieram im buźki, podnoszę kartofle z podłogi, dolewam soczku, odpowiadam na głupie pytania w stylu:

- A dlacego kaltofelki nie płacą?

Oj zapłaczą, dziecko, zapłaczą, jak ojcu się dobrze w żołądku ułoży, to nie masz nawet pojęcia, jak one zapłaczą… – myślę sobie.

Matka zawsze je ostatnia. Jak oni już wszyscy skończą, nabrudzą i sobie pójdą, to jem dopiero ja. Jak już wszystko zimne. I oczywiście muszę jeszcze zmywać i ścierać ze stołu i jeszcze się nie zdarzyło, odkąd mam dzieci, żebym zjadła ciepły obiad. Może to i dobrze, bo na zimno łatwiej wyczuć, który kartofel jest w płynie do naczyń.

Po zmywaniu usiadłam i włączyłam stoper, żeby odliczać, jak szybko przywiozą Janusza z roboty. Ostatnio to było 2,5 godziny, dzisiaj skurwesyn miał gorszy dzień, bo przywieźli go po półtorej godziny. Z diagnozą oczywiście, że grypa żołądkowa. Hmmm, to już 7 grypa żołądkowa w tym miesiącu. Podejrzana sprawa...

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.