Lubimy balansować na krawędzi, czyli nieszczęścia chodzą parami

lutego 09, 2018

Codzienność jest nudna. Jak za tłusty bigos. Pięknie pachnie, ekstra wygląda, ale bierzesz na widelec i wszystko podchodzi Ci do gardła. To się ciągnie, tego kurwa nie można przełknąć, bo ktoś tam wpieprzył kilo słoniny. I taka jest codzienność. Wiesz, że dostaniesz w tyłek, ale idziesz i się szarpiesz. I jak uszczkniesz jakiś kawałek, to jesteś gość.

Albo spadnę, albo nie


Kto już trochę przeżył, ten wie, że są sprawy proste i są śliskie tematy. Bywa tak, że od początku znasz rezultat i idziesz jak w dym. Ale jest też tak, że nie wiesz. Za Chiny ludowe nie wiesz, jak będzie, ale chcesz spróbować. Zaryzykować. Rzucić w kąt obawy jak stare gacie z wypierdzianą dziurą.

Jak jest dobrze, to chcemy jeszcze lepiej. Jak jest super, to chcemy ponad ludzi. Lubimy balansować na krawędzi dobrego i złego, jak takie figlarne dziecko, które zastanawia się, jak daleko się może posunąć i kiedy mama zacznie krzyczeć. Raz mu się uda, raz nie. Ale spróbuje i najwyższej nie pyknie.

Lubimy testować innych. Sprawdzamy, na ile możemy sobie pozwolić, jak bardzo można się wychylić, żeby nie zarobić w ryja . I przesuwamy sobie tę granicę. Z dnia na dzień delikatnie ją sobie przesuwamy. I obserwujemy.

Iga robiła tak ze swoim mężem. Najpierw lekkie złośliwości. Raz na jakiś czas, „dla pieprzu” - jak mówiła. Później nieco częściej, nawet niepotrzebnie. Tak dla zabawy, żeby sprawdzić, ile jej wolno. Początkowo nie reagował, tylko widać było podejrzliwość w jego oczach. Widać było, że trochę mu przykro, ale nic nie mówił.



Idze było w to graj. Spodobała się jej ta zabawa. Ona, taka famme fatale i on, taki zakochany pies, któremu raz się daje kopa, a raz buzi. Przyjmował kopy dzielnie, ale w końcu nie wytrzymał. Nie chciał się rozwieść, no bo dzieci, bo kredyt na dom, co by rodzice pomyśleli i tak dalej. Ale z Igą już nie żył. Nie jadł z nią. Nie spał. Nie rozmawiał. A w niej zbierała złość i zamiast przerwać tę pętlę, brnęła w nią dalej, będąc jeszcze bardziej upierdliwą, podejrzliwą i zołzowatą. A jak nie reagował, jak miał ją już totalnie w dupie, to się przymilała. Jak mały kotek, który zrzucił doniczkę, ale jednak chce dostać ciepłego mleczka.

Tylko że on miał już dość tej huśtawki. W tej frustracji i trochę ze względu na alkohol, przespał się z Marzeną z księgowości. Na imprezie firmowej, no bo jakże by inaczej mogłoby być w takiej banalnej historii. Tylko że Marzena oprócz tego, że mu dała, nie darła japy, nie dogryzała i nie chciała nic w zamian. Pogadała z nim, pocieszyła, powspominała własne nieudane małżeństwo i jakoś to szło.

Iga nie wiedziała. A może widziała, ale nie chciała się nam przyznać. Kto ją tam wie. Pewne jest tylko to, że w którymś momencie, zrozumiała, że jej głupia zabawa doprowadziła do zniszczenia małżeństwa. Było przecież fajne. Mieli wszystko. I pal licho, że ten dom na kredyt, ale mieli. I nikt im się nie wtrącał i pasowali do siebie. Ale ona chciała zobaczyć, jak to jest balansować na krawędzi. Na ile może sobie pozwolić, jak bardzo może go sobie podporządkować. Tylko że on rozumu na śmietniku nie znalazł. Nie mówił nic, ale wiedział swoje. Był pewien, że ta zołza go już nie kocha, że robi to specjalnie i że tak naprawdę to już nici z ich sielankowej przyszłości. Był pewien, że ich małżeństwo skończyło się w momencie, w którym ona powiedziała, że zrobi obiad tylko dla siebie. I tak było. Nie wiadomo skąd jej to przyszło do głowy. Balansowała na krawędzi, chociaż kochała go jak nikogo na świecie.

Suma summarum ona leżała zapłakana w łóżku, kiedy on zabawiał się z księgową Marzeną. Taki był finał, proszę państwa.

I tacy też jesteśmy. Lubimy balansować na krawędzi nie tylko własnej, ale też innych ludzi. Sprawdzać, na ile sobie możemy pozwolić. Ile się nam wybaczy. Jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć. Lubimy balansować na krawędzi nieznanego. Bo nieznane rajcuje i jest takie fajne. Jest niewiadome i nie możemy stwierdzić, czy tam wygramy, czy wręcz przeciwnie – poniesiemy bolesną klęskę. Bo o to właśnie w tym wszystkim chodzi. Żeby smakować życia. Tylko że czasami się w tym zapominamy. Zatracamy się i myślimy, że wszystko nam wolno. Że uda nam się złamać zasady gry, których nikt jeszcze nie złamał. Tak się niestety nie da. Ten, kto je łamie, prawie zawsze dostaje za to w dupę. Innego rozwiązania po prostu nie ma.

Dziecko będzie broić dopóty, dopóki wie, że może. Dziewczyna będzie sobie z Ciebie stroić żarty tak długo, aż będzie widzieć, że się za to nie wściekniesz na amen. Matka będzie tak długo z pokorą znosić Twoje wybryki, dopóty będzie wiedzieć, że się przez nie nie zabijesz. Każdy ma jakiś próg wytrzymałości, po którego przekroczeniu pęka i Ty też taki masz. Kwestia tylko kto go przekroczy i jak bardzo.

Każdy w swoim świecie miał lub ma teraz taki moment, kiedy wszystko pierdolnie jak domek z kart. Było ładnie poukładane, ktoś na to chuchał, ktoś na to dmuchał i nagle wszytko jebło. Każdy z nas ma taki moment, w którym się w czymś poddał, w którym przestał o czymś marzyć, kiedy zrozumiał, że dla niego nie ma już lepszej drogi. A najgorsze jest to, że kiedy się sypie, to nagle wszystko naraz.

Nieszczęścia chodzą parami


Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. Że jak raz Ci się coś złego przytrafi, to od razu pociąganie to za sobą drugi problem. Że jak się stanie coś złego, to od razu będziesz miał powtórkę i taka jest prawda. Tak rzeczywiście jest. A wiesz dlaczego? Bo na to się właśnie nastawiasz. Nauczyłeś się sądzić, że skoro dziś zdarzyła się jedna zła rzecz, to zaraz pociągnie za sobą drugą złą i że teraz to już Ci życie dopierdoli na amen. Tylko że to nie tak wcale jest. To Ty sprowadzasz na siebie wszystko to, co złe, tym swoim myśleniem.

Ty zaczynasz wierzyć, że nieszczęście nie będzie jedno a dwa. Tobie wmówili, że jak się coś ładnie złoży, to za chwilę przyjdzie taki moment, że to padnie i będzie jedna wielka chujnia. Tobie właśnie coś takiego wmówili. Tobie też tłumaczyli całe życie, żeby się strzec pecha, nie przechodzić pod drabiną i uciekać od czarnego kota. Tobie właśnie tłumaczyli, że z bagna może wyjść tylko jeszcze gorsze bagno. No tak już jest i wyżej dupy nie podskoczysz.

Dzisiaj wiesz doskonale, że jak się coś posypie, to już na amen. Zdajesz sobie dokładnie sprawę z tego, że nie dasz rady poskładać świata. Że jak padnie, to później zostaną tylko zgliszcza i na tych zgliszczach przyjdzie Ci budować swój nowy świat i swoje nowe życie. No tak już jest i tego się zmienić nie da. W Twojej głowie oczywiście, a głowę jaką masz, to wiadomo. Jaki miś jest, każdy widzi.


Nie możesz sobie wmawiać, że po jednej porażce przyjdzie następna. Że po jednym złym zdarzeniu nastąpi drugie i tak już Ci będzie. Że się nic nie da zrobić. Da się. Trzeba tylko odwrócić bieg zdarzeń i przyjąć, że ten początek jatki jest dla Ciebie dopiero początkiem sukcesu i zalążkiem czegoś, co będzie fajne. Bez tego nie ruszysz, a to jest ewidentnie potrzebne. Tego potrzebujesz tak, jak ryba wody. Jak ptak drzewa. Jak ucho dźwięków.

Wiem, że czasami w życiu są takie chwile, kiedy nie ma wyjścia i zdawać by się mogło, że nie ma też odwrotu. Wiem, że są takie momenty, kiedy ten piękny firmament dosłownie sypie Ci się na głowę i kiedy nie wiesz, czy jutro wzejdzie słonce. Zdaję sobie z tego sprawę. Tak samo, jak tego, że dla innych to słońce jednak wschodzi.

Musisz dostrzec jakiś plan w tym, że wszystko się sypie. Jakąś prawidłowość, bo zawsze tak jest, że po wielkiej powodzi przychodzi wielka susza i po wielkiej suszy wielka powódź. Tylko Ty wolisz schnąć lub się topić, zamiast myśleć o tym, że będzie dobrze.

Najtrudniej jest się złapać na tym pierwszym właśnie momencie. Na tym, co jest najgorsze. Co najbardziej Ci dopiekło. Najtrudniej jest się złapać na tym, co Cię najbardziej boli i wziąć się przez chwilę zastanowić, po co się to stało. Bo to się nie stało po nic. Nie było tak, że stało się niepotrzebnie. Nie było tak, że wynikło na skutek życiowego pecha. Albo, że bozia tam gdzieś u góry siedziała i stwierdziła, że chce Cię boleśnie pokarać. Tak się to na pewno nie stało. To się stało na skutek niezrozumienia, że dzisiaj nic nie wygląda tak, jak byśmy chcieli, by wyglądało. Ale to nie znaczy wcale, że cel nie zostanie osiągnięty.

Jesteśmy bardzo zamknięci w dzisiejszym widzeniu świata i w tym, co jest teraz. Jesteśmy bardzo ograniczeni do widzenia TEGO DNIA jako dnia ostatecznego. Ale nie wiemy, co będzie jutro. Nie mamy pojęcia. Nie podejrzewany nawet, że to obecne zawalenie się świata może być jak ten dosłowny potop. Zmyć wszystko, a później sprawić, że odrodzi się na nowo.

Najważniejsza jest tutaj intencja, jaką dajemy. To od rej intencji zależy, jak się sprawy potoczą. To intencja będzie wszystkim zarządzać i to ona będzie nadawać tor temu, co się stanie. Poprowadzi nas naprawdę bardzo różnie, ale trzeba wierzyć, że nigdy źle. A nawet jak źle na początku, to Ty nigdy nie wiesz, co będzie później. Taka to sprytna zabawa.

1 komentarz:

  1. To, jak sukces i katastrofa, dobro i zło, koniec i początek, góra i dół idą ze sobą w parze jest dla mnie fascynujące i fantastyczne :)

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.