Mam pustkę w sobie i mi nie wychodzi – co mówi Ci wewnętrzne dziecko?

stycznia 08, 2018
Uczucie pustki w sobie.

Dostaje od was mnóstwo pytań. Dosłownie każdego dnia coś tam wpada mi na skrzynkę i chociaż pytania są różne, mają jeden wspólny mianownik – całkowite niezrozumienie pewnej zasady, a zasada ta jest właściwie fundamentalna. Żeby jednak nie było tak łatwo – cholernie trudna do przyjęcia i wdrożenia w życie.

Tym razem wiadomość od mężczyzny. Nazwijmy go Arek, bo jednak nie chciałby się ujawniać i każdy to świetnie rozumie. Arek zdradza się już na samym początku, ale o tym za chwilę. Jego wiadomość brzmi tak, jakby mówił o kimś trzecim i to też będzie ważne.

Pytanie Arka brzmi (pisownia oryginalna):


Osoba od dłuższego czasu ma problem ze znalezieniem partnera do związku. Szuka, spotyka się, stosuje PP jednak nic nie działa. Po pewnym czasie dowiaduje się, że ta osoba szukała partnera z powodu „pustki w sobie, i chciała wypełnić tą pustkę drugą osobą”. Jednak dowiedziała się, że najpierw tą „pustkę” musi sama w sobie zapełnić, a nie szukać rozwiązania na zewnątrz. I tutaj moje pytanie, jak pracować nad tym „brakiem i pustka w sobie”?

Sprawa pierwsza


Arek pisze w drugiej osobie, mimo że sprawa dotyczy jego samego i to już mi coś mówi. Mianowicie trudność przyznania się nie tylko przed światem, ale i przed samym sobą, że coś jest nie tak. No bo słuchaj, dla faceta przyznanie się do błędu albo do tego, że nie może albo nie umie, to jest wielkie wyzwanie. Tak jesteśmy zaprogramowani, że świat narzuca facetom wyzwania, a który nie umie sprostać, ten jest gorszy. Bo trzeba być facetem – powtarzają, a jak któremuś coś nie pyknie to wielka tragedia.



Pierwsza rzecz to konieczność przyznania się przed samym sobą, że ok, jestem facetem i wiem, jakie są wobec mnie wymagania, a mimo to przyznaje się, że do tej pory nie umiałem im sprostać. Biorę to na klatę i nie chowam się za niczym. Po prostu było, jak było i jestem tego świadom. Daje sobie samemu pozwolenie na to, by przyznać się przed sobą, że nie wszystko było tak, jakbym chciał. Tu nie chodzi o ogólnospołeczny ekshibicjonizm, tylko danie sobie samemu przyzwolenia na to, żeby nie oceniać własnej niemocy.

Sprawa druga


Od dziecka miałam coś takiego, że wystarczyło mi spojrzeć w czyjeś oczy i wiele wiedziałam. Wiedziałam, jaki ktoś jest, jak się czuje, czego potrzebuje, na co liczy. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale wystarczy mi zdjęcie i wiem. Kiedy patrzę na zdjęcie Arka, widzę ogromną tęsknotę. Widzę oczy, które krzyczą:

Pokochajcie mnie!

To jest wręcz taki desperacki krzyk duszy. To po prostu widać. To jest w wyrazie twarzy, w postawie, we wzroku. Te wszystkie elementy składają się na taki jasny przekaz. Uwierz mi, kiedy mijam ludzi na ulicy, jestem w stanie bezbłędnie wskazać, komu brak miłości i kto ma potrzebę docenienia. Tego się po prostu nie da ukryć. To jest wymalowane na twarzy, a Arek taką właśnie twarz ma. I to się zresztą doskonale pokrywa z tym, o co pyta.

Sprawdza trzecia


Niby mamy to „szukajcie, a znajdziecie”, ale prawda jest taka, że droga od szukania do znalezienia jest cholernie trudna. Kto szuka? Szuka tylko ten, który zgubił albo nie miał w ogóle. No więc co jest przyczyną szukania? Przyczyną szukania jest brak posiadania (nie czuję, jak rymuję). Czyli co? Brak posiadania, który skłania do szukania jest czym? Jest potrzebą.

No i fikła kura na grzędzie.

Mamy taki świat, w którym standardem jest bycie z kimś. No bo jak nie jesteś z kimś, to:

a) jesteś chujowy i nikt Cię nie chce
b) w dupie Ci się przewraca i masz za duże wymagania
c) jesteś odludkiem, który nie wie, jak się żyje
d) jesteś aspołeczny, bo tak

I ogólnie na tym nam się kończy możliwość wyboru. Statystycznie więcej jest tych, co są w związkach niż tych samotnych, więc człowiek wiedziony i tą statystyką i tą marą, że we dwoje jest lepiej, szuka sobie drugiego. Ale, ale – świat mamy teraz też taki, że nam się związki pierdolą jak myszy w stodole. Nieograniczona możliwość poznawania coraz to lepszych naszym zdaniem osób sprawia, że związki nie są trwałe, ludzie mają coraz wyższe wymagania, coraz mniej osób jest w stanie spełnić te wymagania i tak dalej. Ogólnie łatwo nie jest, no przyznaj.

Arek natomiast szuka. Szuka, bo nie ma, a chciałby mieć. Spotyka się, stosuje PP, czyli ogólnie ma potrzebę i wywiera nacisk i ja to będę powtarzać aż do pożygu – ludzie, ktoś, kto chociaż trochę ogarnął ten temat, wie, że nie dostanie z braku, no chyba że fartem i na chwilę. Nie przyjdzie do was to, czego wcześniej „nie poczujecie”. A poczuć możecie tylko tak, jakby wczuwając się w to, że już to macie.

Kiedyś Oleg z Tresury Matrixa opowiadał taką historię o człowieku, który szuka miłości. Nie wiem, czy dobrze ją tu przytoczę, ale nie liczą się szczegóły, tylko sens.

Było to mniej więcej tak, że szukamy sobie tej wymarzonej osoby i szukamy, ale latka nam lecą i decydujemy się na kogokolwiek, byle by był. I jest ślub, różowe jednorożce, cały ten pierdolament i podróż poślubna. I na tej podróży poślubnej, kiedy jest już kurwa po ptokach, ta osoba spotyka prawdziwą miłość.

I co w tym chodzi? Ano o to, że szukała, szukała i nic z tego nie było. Więc wzięła, co się napatoczyło i przestała szukać, ciągnąć, dążyć do poznania tej miłości. Przestała wywierać presję na świecie i na sobie i jak już jej było wszystko jedno i już nie miała potrzeby, to nagle pojawił się ten ideał. A tu już była musztarda po obiedzie.

Wiesz, co mam na myśli? Ludzie często powtarzają, że miłość przychodzi wtedy, kiedy się jej nie szuka. Zakocha się w Tobie zawsze ten, którego masz totalnie w 4 literach. Ta laska będzie za Tobą biegać, o której Ty nie myślisz poważnie. Ten facet będzie chciał z Tobą być, którego Ty nie potrzebujesz. Bo ludzie czują podświadomie potrzebę. I świat też ją czuje. I czują też czyjś strach i widzą go w oczach, tak jak ja widzę ten strach w oczach Arka.

Jak pozbyć się uczucia pustki?

Uwierz mi, że jak się pójdzie na imprezę, to widać kto jest singlem. To naprawdę widać i nie po tym, kto z kim przebywa, tylko jak patrzy. Jak się rozgląda, jakim wzrokiem omiata płeć przeciwną i inne pary. A skoro to widać, to jest to nawet czuć. I tego nie ukryjesz, o ile nie masz potrzeby. Bo tych singli, którzy nie mają potrzeby, nie poznasz. Oni będą się rozglądać, ale tak jakoś inaczej. Bo wzrok szukający miłości jest innym wzrokiem, niż ten, który wypatruje przelotnego seksu. To są dwa całkiem inne spojrzenia.

Arek pisze, że dowiedział się, iż tym poszukiwaniem chciał wypełnić pustkę w sobie. I pyta, jak ją zapełnić. Tego ja już naprawdę nie wiem, bo najpierw trzeba się dowiedzieć, z czego pustka wynika. Możliwości jest wiele:

- Presja społeczeństwa, no bo mama mówi Ci, że najlepiej to byłoby się już życiowo ogarnąć.
- Wrażenie, że czas Ci ucieka i jak nie teraz, to kiedy.
- Mylne przekonanie, że samemu życie nie jest takie wartościowe, jak z kimś.
- Poczucie bycia gorszym przez to, że nie jest się z kimś w związku.

W większości przypadków wszystkiego jest po trochu. I teraz jak z tym pracować? Cholera, to jest jedno z najtrudniejszych pytań, jakie ktoś może w ogóle zadać. Powiem jak ja nad tym pracowałam. Ogólnie to potrzeba zrozumienia, że nie jest się bezwartościowym. Im większe jest poczucie własnej wartości, tym mniej potrzebujesz kogoś innego.

Ludzie uciekają wtedy w pracę i jak odnoszą w niej sukcesy, to czują się lepiej. Ktoś może powiedzieć, że to takie maskowanie sprawy, ale jest w tym coś, co rzeczywiście działa. Prawda jest taka, że jak przekonasz samego siebie, że radzisz sobie bez drugiej osoby i że nie jest Ci ona niezbędna do życia, to samemu może być lepiej. Najbardziej rozpaczliwie szukają ci, którym partner ma coś zapewnić.

- Matki potrzebujące tatusia dla dziecka z poprzedniego związku.
- Dziewczyny, którym nie chce się pracować i liczą na wygodne życie u boku kogoś, kto na nie zarobi.
- Nieporadni chłopcy, którzy wiedzą, że jak mamy braknie, to będą żyć na parówkach i kanapkach.
- Ludzie, którym rodzina nie dała nigdy oparcia i którzy tak rozpaczliwie potrzebują czuć się kochani i docenieni.

Śmiem twierdzić, że to w większości przypadków sprowadza się do wychowania. Ogólnie dzieci wychowuje się dzisiaj w dwóch wersjach:

Wersja A to dzieci, które może nawet miały dobrze, ale których nikt nie przytulał, którym nikt nie mówił, że są kochane. To są te dzieci, od których się zawsze wymagało, które miały być dobre, chociaż już brakowało im sił. Te dzieci, które miały bądź nie miały zabawek, ale na pewno nie miały miłości. Nie pamiętają buziaków, przytulania i beztroskiej zabawy. Bo miały nieco zimnych rodziców, którym się wydawało, że wystarczy dziecko ubrać, nakarmić i wykształcić, i będzie ok. I że to jest miłość. Te dzieci w dorosłym życiu najbardziej pragną miłości. Chcą rekompensaty za czas, w których nikt ich nie docenił, nie pochwalił i nie powiedział, że są świetne. I śmiem twierdzić, że u Arka tak właśnie było, chociaż to tylko moje domniemania.

Wersja B to dzieci, które bez względu na stan finansowy rodziny, czuły się kochane. Były przytulane, noszone na rękach i mówiono im, że mama je kocha, a tata jest z nich dumny. Te dzieci w dorosłości wiele mają w dupie. One nie mają potrzeby. One nie szukają poklasku na zewnątrz. One są tak zajebiście przekonane o własnej wartości, że mają za przeproszeniem wyjebane czy są z kimś, czy same.

I o dziwo to wdupiemiejstwo tego faktu sprawia, że rzadko kiedy mają problem ze znalezieniem partnera i stworzeniem szczęśliwego związku. Bo one są nauczone miłości, tego, że są fajne, że jakie by nie były, to znajdzie się ktoś, kto im powie, że je kocha i że ogólnie dadzą sobie radę ze wszystkim. Dzieci wersji B mają łatwiej. Dużo łatwiej.

Dzieci wersji A muszą pogodzić się z przeszłością, przyjąć ją i same zrekompensować sobie to, czego nie dostały. Muszą wybaczyć rodzicom i rodzinie, którzy nie dali im tych uczuć, bo nie umieli albo po prostu dlatego, że ich nie było. Te dzieci są już zawsze w nas.

Do śmierci mamy w sobie kilkuletnie dziecko, które działa tak, jak zostało nauczone. Podejmuje decyzje na podstawie tego, jak się kiedyś czuło. Ta cząstka w nas nie dorasta nigdy. I znowu pójdę tutaj za Tresurą Matrixa i napiszę, że pasowałoby się spotkać ze swoim wewnętrznym dzieckiem w wyobraźni i ze swoimi rodzicami. Rodziców wyobrazić sobie jako dzieci, które nie wiedziały, że robią coś źle i wybaczyć im.

Siebie samego wyobrazić sobie jako dziecko, zapytać, co było nie tak, za czym tęskni i czego potrzebuje i posłuchać oraz dać to temu dziecku. Zrobić to, co dziecko chce. Czasami wczuć się w siebie i zobaczyć tego małego chłopca lub małą dziewczynkę, które siedzą tam gdzieś w kącie i skrobią łyżeczką o ścianę.

Może dziecko chce uwagi – daj mu ją.
Może chce zrobić coś, na co mama nie pozwalała – zrób to.
Może chce dostać jakąś zabawkę – kup sobie ją.

Teraz w dorosłości zrekompensuj sobie to, czego brakowało Ci jako dziecko. Powiedz temu swojemu dziecku, że go nigdy nie opuściłeś, że nie będziesz go oceniał, nie będziesz karcił i nigdy nie zgasisz światła, zanim nie zaśnie. Wytłumacz mu, że kiedyś było, jak było i mówi się trudno, ale życie takie po prostu jest.

Dając dziecku to, czego nie miało, może uda się zapełnić pustkę, którą czujesz, jako dorosły. A jak niczego nie będzie Ci emocjonalnie brakować, to przestaniesz na siłę szukać kogoś, kto będzie drugą mamą lub drugim tatą. Kogoś, kto jak sądzisz, da Ci to, czego Ci brakuje.

3 komentarze:

  1. Smutne jest to, że można nie mieć żadnych celów, pasji, tylko skupiać się na znalezieniu drugiej połowy. Od desperatów uciekam hen daleko. Szybko ich wyczuwam.

    OdpowiedzUsuń
  2. W samo sedno. Ja z grupy A niestety jestem. Bardzo mi brakowało ciepła, czułości, wsparcia. Wiele spraw już przepracowałam i jest coraz lepiej. W partnerze nadal szukam powyższych cech, ale nie jakoś desperacko i wiem też ,że nikt nie jest doskonały i nie będzie mnie tylko głaskał po głowie. A im lepsza jestem dla siebie tym lepszych ludzi spotykam na swojej drodze :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Lubię Twojego bloga :) Pora porozmawiać z moim wewnętrznym dzieckiem.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.