Pieniądze lubią ruch

listopada 04, 2017

Nie wydawaj! Oszczędzaj, powtarzali Ci i kazali ciułać każdy grosz i Ty tak robiłeś, a okazywało się, że to i tak nic nie daje. Im więcej wyciułałeś, tym później większe wydatki się pojawiały i w sumie jak zwykle nic z tego wyciułania nie było. No normalnie błędne koło. A wiesz, czemu? Bo pieniądze lubią ruch.

Zauważyłam to już dawno i kiedyś też o tym czytałam. Pieniądze to energia. Energia wymiany, tylko oczywiście w takiej wibracji, że mamy je w postaci materialnej, ale nie zmienia to faktu, że nadal są energią. Energią wymiany jednego za drugie. Jak chcesz mieć przekopany ogródek, to też płacisz, tylko siłą własnych mięśni. Wydatkujesz energię na kopanie. Jak idziesz do sklepu po chleb, to też wydatkujesz energię, tylko jest to energia pieniądza.

I ta energia jest nauczona przychodzić i odchodzić. Żeby przychodziła, musi być też wysłana. Cały czas musi być obieg. Nie można w jedno naczynie ciągle lać z nadzieją, że będzie się w nim miało czystą wodę. Starą trzeba cały czas wypuszczać i tylko kiedy wypuszczamy, pozwalamy dostawać się do naczynia nowej. To jest obieg.

Kiedy sobie na wszystko żałujesz i każdy grosz przeliczasz na ten, który mógłby trafić do skarpety i być tam kiszony, to nie ma obiegu. Jest zatrzymanie. Nie dasz światu, więc świat nie da Tobie. Wszystko się zatrzymuje. Żeby wprawić to znowu w ruch, trzeba wydać.

Stoi to w ogromnej sprzeczności do oszczędzania, bo jak wiadomo, w dzisiejszych czasach mądry człowiek oszczędza. Nie wydaje wszystkiego, co ma, tylko inwestuje i trochę sobie trzyma na „czarną godzinę”. Tylko że jak tak na tę czarną godzinę trzyma, to podświadomie nastawia się na to, że ta godzina kiedyś przyjdzie. I w sumie nie ma się co dziwić, że jak już uskłada, to nagle pojawia się jakiś ogromny wydatek i wszystko idzie w pizdu. No przecież było przeznaczone na czarną godzinę. Nastawienie zrobiło swoje.


Nie odkładaj na czarną godzinę. Odkładaj na marzenia. Jeżeli chcesz oszczędzać, to chwała Ci za mądrość, ale nastaw się, że te pieniądze w skarbonce będą na marzenia, na plany, na przyjemności itd. Nie na czarną godzinę. Bo wtedy wydasz je rzeczywiście na naprawę auta, zamiast na wakacje albo na nowe meble.

W oszczędzaniu zachowaj umiar. Żadna ze skrajności, w jakiejkolwiek formie nie jest dobra i ja to wiem. Ani szastanie kasą, ani kiszenie jej w skarpecie. Okropne jest też żałowanie sobie, że się coś kupiło. Przykładowo obiecujesz sobie, że w tym miesiącu nie kupisz żadnych ciuchów, bo Cię kurwa po prostu nie stać, a przecież szafa pełna. Aż tu nagle idziesz pewnego dnia do sklepu i wydajesz. Wracasz z tymi ciuchami do domu i plujesz sobie w brodę. Masz wyrzuty sumienia, że wydałeś pieniądze, mimo że sobie obiecałeś, że tego nie zrobisz. Kobietki, znacie to, prawda? Ja znam bardzo dobrze.

Co z tego, że wydasz, jak z taki ciężkim sercem i nie potrafisz się wtedy ucieszyć z tego, co w tych siatach z Tobą do domu przyszło? To jest najgorsze. Takie zmarnowanie twórczego potencjału pieniędzy. Jak już kupisz, to się ciesz. Chociaż przez chwilę, ale szczerze.

Widzę prawidłowość, że im więcej się wydaje, tym więcej się ma. Ale tylko wtedy, kiedy za bardzo nie zastanawiasz się nad tym, czy Ci starczy do pierwszego i skąd weźmiesz następną kasę. Kiedy robisz to lekko. Idziesz, kupujesz, cieszysz się i żyjesz dalej. Wtedy pieniądze się jakoś znajdują.

A już całkiem super jest wydawać pieniądze z intencją. W sklepie otwierasz portfel, wyciągasz sto złotych, płacisz za bluzkę czy za cokolwiek innego i kierujesz do tych pieniędzy myśl:

Wróćcie do mnie pomnożone.

I to wszystko. Z taką nadzieją, że dzisiaj je wydasz, ale za jakiś czas ktoś Ci je przyniesie.

Zobacz, komu żyje się najgorzej. Tym największym ciułaczom. Tym największym sknerom, którzy jak ktoś sobie coś kupią, to mówią:

Boże, tyle pieniędzy! Nie przeżyję tego. Więcej tyle nie dam.

I pewnie nie dadzą, bo nigdy nie będą ich mieć.

Ja też nie opływam w dostatki, ale jakoś mi starcza, choć kiedyś było inaczej. Były kiedyś ciężkie czasy, kiedy wydawanie to była masakra. Teraz robię to lżej. Może nawet za lekko, ale coś mi się wydaje, że ci najbogatsi ludzie robią to jeszcze o wiele wiele lżej i w tym też tkwi część ich sukcesu. Nie mają oporów przed wydawaniem ogromnych sum, dlatego też świat nie hamuje się przed tym, żeby im te ogromne sumy dawać.

To jakoś rośnie jakby proporcjonalniej do wydatków. Im więcej wydajesz, tym bardziej poprawia się poziom Twojego życia. Jesteś przyzwyczajony do coraz lepszych rzeczy i w coraz większej ilości. Zaczynasz tym żyć i ta rzeczywistość jakoś tak przekłada się na to, co pojawia się później. Czując ten, powiedzmy dostatek, otrzymujesz go więcej. Czując brak, otrzymujesz więcej braku.

Tak mi się zdaje, że aby ruszyć tę energię pieniądza, wcale nie trzeba wydawać kroci. Nie chodzi o to, by się od razu rzucać na bardzo głęboką wodę i kupować coś, na co nasz teoretycznie nie stać. Chodzi ogólnie o ten motyw wydawania, jako puszczania energii w ruch, ale nie tak bezmyślnie, że kupujesz cokolwiek. Trzeba być też mądrym w takim wydawaniu i kupować to, co rzeczywiście jest potrzebne lub co sprawia przyjemność. Nie tak tylko, że masz nadwyżkę, no to ją puszczasz w cholerę, bo tak trzeba. Tu mają być przede wszystkim emocje, a żeby emocje się wzbudziły, trzeba czegoś, co jest Ci bliskie.

To jest bardzo płynna kwestia i trzeba tutaj naprawdę rozwagi, by złapać ten moment, ale wytłumaczę Ci to tak.

Wyobraź sobie, że ogólnie masz niewiele. Raczej biednie jest i nie ma widoków na to, żeby się coś poprawiło. Ale ty postanawiasz, że jednak wydasz na siebie. Kupujesz sobie np. ładne ubrania. Chodzisz w nich cały dzień. Czujesz się świetnie. Ludzie też inaczej Cię odbierają. Jakby wskakujesz przez nie same na taki wyższy level. Czujesz jakość, czujesz coś takiego, jakby większego i lepszego. To uczucie przekłada się na wszystko. Na emocje, na zdarzenia, na Twoje reakcje i tak dalej. Świat widzi, że czujesz się „tak jakby luksusowo”, no więc musi się dopasować i stwarza Ci rzeczywistość, która temu uczuciu odpowiada. Pieniądze przychodzą, bo przecież trzeba ten status podtrzymać. To jest mniej więcej w ten sposób.


A teraz druga wersja. Masz trochę kasy, ale oszczędzasz i nic sobie nie kupisz. Wiesz dobrze, że nadal chodzisz w tej kurtce sprzed kilku sezonów i w tych butach, które nowe to były w epoce kamienia. Czujesz się tak, jak się czujesz, bo nie można siebie samego oszukać. Wiesz, że fajnie byłoby sobie coś kupić, ale Ci szkoda. Czujesz ten niedostatek, ten taki jakby żal, że nie masz czegoś, a inni mają. Świat też to rejestruje no i daje to, co jest w Tobie, czyli cały czas ten sam stan, w którym nie jest Cię stać na to, żeby sobie coś kupić.

To jest bardzo duże uproszczenie, ale proste rozwiązania są najlepsze. I w świetle tego widzisz, że to wydawanie nie jest wcale takie głupie. Ono pozwala uruchomić przepływ. Oczyszcza strumień. Stara woda schodzi, wpływa nowa. A jak nurt jest wartki, co cały czas dostajesz, kupujesz i dostajesz. I mimo że tracisz energię w postaci pieniądza, otrzymujesz tę w postaci rzeczy materialnych lub wrażeń (np. wycieczka), które zostają. Energia zmienia tylko swoją postać z jednej materialnej na inną, w drodze wymiany.

Fajne, nie? Żebym ja to wcześniej ogarnęła, to byłabym dziś chyba dalej, niż jestem teraz, ale no cóż. Każdy dochodzi do tego chyba po swojemu. Lepiej późno niż wcale.

Pieniądze lubią ruch. Kiedy trzymasz je przy sobie, energia jest martwa. Kiedy wydasz, energia się rusza. Trzeba doprowadzić do stanu, w którym przepływ jest swobodny. Czyli pozwalać sobie na wydawanie ze świadomością, że co wydane, to i tak wróci, a może nawet wróci po stokroć. Ważna jest intencja i brak strachu. Ważne jest, by pozwolić energii płynąć w taki sposób, do jakiego została stworzona.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.