Bywa, że jedyne czego potrzebujemy to czyjaś obecność

listopada 22, 2017

Rozmawiałam jakiś czas temu z Kubą. Kuba to jest taki śmieszek a znam go chyba od zawsze i wiem, że on nigdy poważny nie był. Od Kuby nie dowiesz się niczego istotnego. On się nie zdradzi z myślami. On się śmieje, żartuje, pieprzy od rzeczy i nigdy się nie przyzna do tego, co się dzieje z nim w środku. Dlatego dziwi mnie, że Tym razem się przyznał.

Czasami czuję się jak ksiądz. Ludzie przychodzą do mnie i mówią. Opowiadają, żalą się, mówią o wszystkim. Czasami o rzeczach tak osobistych, że innym mogłyby uszy uschnąć. Mnie nie schną. Nie takie rzeczy już słyszałam. Noszę w głowie taki kuferek z ludzkimi tajemnicami. Z informacjami, które gdyby ktoś z mojej głowy wydobył, wielu ludziom zrobiłoby się nieprzyjemnie. Rozpadłoby się kilka związków, kilku ludzi straciłoby wiarę w siebie, jedni by płakali, drudzy rzucili wszystko w diabły. Jedni by się oburzyli, a innym bolesne miecze przeszyłyby serce. Moja głowa mogłaby zrobić naprawdę wiele złego, gdyby ktoś umiał się do niej włamać, jak na twardy dysk komputera. Daj Boże, by nigdy nie wynaleźli takiej broni…

Bywa, że niektórzy ludzie dają mi prawo mówić o tym, co opowiadają. Mówią:

Wykorzystaj to, ale tak, żeby nie było wiadomo, że chodzi o mnie. Zmień mi imię czy coś i rób sobie z tą historią, co chcesz.

Kuba też tak powiedział. Cofnijmy się do tej chwili.

Jest lato 2017 roku. Ptaki srają mi na balkonie. Nie powiem, żeby mnie to jakoś radowało. Już drugi raz w tym tygodniu muszę to zamiatać. Klnę jak szewc i zamiatam a drogą idzie Kuba. Ponosi w moim kierunku głowę i pyta:

Jak leci?
Leci na balkon – odpowiadam a on się śmieje. Tylko przez chwilę, a później zastyga tak, jak człowiek, któremu właśnie ktoś umarł.

Przychodzi pod balkon i tak bez pardonu wypala:

Robisz coś dzisiaj wieczorem?

Odpowiadam że nie i wywiązuje się krótka rozmowa. Kuba potrzebuje pomocy w bardzo ważnej sprawie i prosi mnie, żeby go dziś odwiedzić. To mnie naprawdę dziwi, to raczej nie w jego stylu. Nie mogę się dowiedzieć o co chodzi, ale myślę sobie:

Gdyby to nie było ważne, to by nie prosił.

Idę do niego pod wieczór, zrzucam klapki już w progu, pakuję się na kanapę i rozkładam na stole zawiniątka z wuzetkami z tej cukierni, co to każdy mówi że niedobra, ale wszyscy w niej kupują i stawiam sprawę jasno.

No mów, co jest grane?

Zbywa mnie i proponuje herbatę. A ja herbaty i śledzi nie odmawiam. Pijemy. Drętwa cisza. Czuje się naprawdę jak na stypie. Coś jest nie halo. Okna zamknięte, drzwi zamknięte, ja w takich gryzących portkach po kostki. On taki roztargany jak dziad jakiś kalwaryjski. I siedzimy i już mnie szlag trafia.

Wypowiesz się w końcu, czy będziemy tak siedzieć?

Właśnie chciałem, żebyś ze mną po prostu posiedziała. Potrzebuje, żeby ktoś ze mną posiedział.

Masz wino albo coś innego z procentami?

Mam.

Otwórz.

Pijemy. Po drugim kieliszku zaczyna mówić.

Wiesz, faceci to mają tak, że jak im się coś spierdoli, to nie chcą o tym gadać. Kobiecie nie powiedzą, bo straciliby w jej oczach, a kumplom nie mogą, bo wstyd. I nie ma nikogo, do kogo można by usta otworzyć. A człowieka ciśnie i musi coś zrobić. I wtedy trzeba z kimś posiedzieć. Posiedzimy sobie tak w ciszy i zrobi mi się lepiej, no chyba że nie chcesz?

Chcę. Siedzimy. Nic mi nie powiedział. Nawet słowem nie pisnął, o co chodzi. Wypiliśmy to wino, obejrzeliśmy dwa odcinki „Rolnik szuka żony” i poszłam do domu.

A jak wychodziłam, to dał mi na odchodne takiego straszaka na ptaki, żeby mi na balkonie nie srały z karteczką „dziękuję, że mi pomogłaś’.

To było dziwne, wiesz.


Nam się wydaje, że jak ludziom jest źle, to musimy ich pocieszać, musimy koło nich skakać, robić im prezenty, motywować, tłumaczyć, głaskać po głowie i wyciągać do lunaparku, a tak naprawdę trzeba z nimi posiedzieć.

Wypić z nimi wino, obejrzeć jakieś durnoty w telewizji i porozmawiać ciszą. Bo to nie słowa czy gesty robią efekt. To sama obecność. Czasami wystarcza nam, żeby ktoś przy nas był.

Czasami niczego więcej nie potrzebujemy. Tylko drugiego człowieka, który jest gdzieś na wyciągnięcie ręki. Można sobie wtedy siedzieć w ciszy, a człowiek czuje się, jakby z kimś rozmawiał. Jakby ktoś go rozumiał, mimo że nie padają słowa. Niewiele nam do szczęścia potrzeba. Tylko kogoś, kto umie zamknąć na chwilę gębę i wypić z nami tanie wino.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.