Akceptacja na mililitry, czyli mamy potrzebę nie być gorszymi

listopada 24, 2017

Patrzę na dzisiejszy świat i widzę, że trochę zwariował. Ciągnie nas na różne skrajności i strasznie podnosimy sobie poprzeczkę. Musimy być coraz lepsi, bo inni też są i można się albo wyłamać, albo podążać z prądem. Albo respektować zasady, albo skazać się na banicję i dziwne spojrzenia. Wolimy tego uniknąć. Jesteśmy raczej skorzy spełniać światowe standardy.

Standardy, których nie spełniamy


Jak idę ulicą, to widzę takie pięknie wypacykowane dziewoje. Włos żaden nie odstaje, skóra gładka jak u dziecka. Usta błyszczące, rzęsy pokręcone a na ramieniu modna torebeczka. Taki piękny ideał, ze wszech miar zadbany i doskonały, gdzie nie spojrzysz.

Otwieram internet i widzę to samo. Fenomenalnie białe i równe uśmiechy, płaskie jak deska brzuchy, mocne paznokcie z fikuśnym lakierem.

Idę na zakupy a tam fashionistki o prężnej postawie, w wysokich butach i z idealnie dobraną biżuterią. Gdzie nie spojrzę, ideały, którym nic już nie brakuje i które same w sobie są reklamą.

A później wracam do domu, patrzę w lustro i czasem mi tak po prostu najzwyczajniej w świecie przykro. Zmarszczki, na głowie jakieś wielkie tornado, boczki, znowu krzywo wyskubane brwi i ta mina – ala srająca mysz na pustyni w cieniu oazy.

Jak żyć, Pani premier? No jak żyć?

Nie chcemy być gorsi od innych, bo to oznacza, że nam nie wyszło. Nie chcemy stanowić tła dla tych, co błyszczą, bo to dobija. Chcemy być równie dobrzy, równie ładni, tak samo akceptowani. Ładni mają w życiu lepiej.


Jak się już tak bardziej odstawię, to szybciej załatwiam wszystko na mieście. Większość samochodów zatrzymuje mi się na pasach. Nie muszę czekać, sami stają. Ale tylko wtedy, kiedy mam sukienkę i wysokie buty. Jak jestem w płaskich botkach i portkach, to czekam, aż wszyscy przejadą. Poważnie. Więc nie mów mi, że wygląd nie ma znaczenia. Ma, bo im ładniejsze lico i wdzięczniejsze wdzianko, tym więcej Ci wolno. Społeczna akceptacja wzrasta proporcjonalniej do poziomu urody i atrakcyjności.

Żal nam wyglądać blado na tle koleżanek. A świat nie jest sprawiedliwy. Obie macie 35 lat, ale Ty zmarchy na czole jak stąd do Maroka a ona gładką buźkę i Ty nie możesz tego zdzierżyć. Bo i tak nikt Ci nie uwierzy, że taka mimika, takie geny i ogólnie, że świat Cię wydymał. Każdy powie, żeś zaniedbana starucha i pewnie pijesz, palisz i żresz tylko chipsy.  Nikt nie zauważy, że różnica między Tobą a tamtą jest taka, że Ty się mocno śmiejesz, bo w sumie masz z czego, a tamta chodzi z grobową miną. Jak jej twarz nieskalana grymasem, to jak miała się zmarszczek dorobić? No nijak, ale i tak będzie lepsza, bo młodsza.

A młodość jest dla nas największym dobrem. Młodość może więcej dostać, na więcej liczyć, więcej zdobyć. Młodość na wszystko ma jeszcze czas, a starość to zapomnienie. Więc nie chcemy być starzy, nie chcemy być gorsi od innych. Nie chcemy spuszczać smutno głów w dół i zapuszczać grzywek, żeby nie było widać tych lwich zmarszczek. Bo one są i nawet jak się nie złościmy, to wszyscy mówią:

Jaki ponurak, ciągle te brwi tak ściągnięte. Chodząca złość.

Nieprawda.

I w pewnym momencie postanawiasz, że koniec z tym, że Ty nie masz się zamiaru starzeć z godnością, bo to już nie te czasy. Nikt się już nie godzi na to, by się tak starzeć. Wszyscy stawiają opór.

W gabinecie doktor Lidii światło jest na wpół przyćmione. Jest przyjemny półmrok i nie wiedzieć czemu, ale pewnie po to, żeby te smutne stare twarze nie rzucały się tak bardzo w oczy. Na półce stoją małe fiolki z napisami: Botox, Azzalure, Juvederm, Restylane. W rogu na półce leży starta paczuszek z insulinówkami. To takie cienkie igiełki, które poprawiają humor.

Wchodzisz z lekką obawą. Trochę gadacie, wypełniasz jakieś papiery, podpisujesz zgodę i informację, że wiesz, że jakby coś poszło nie tak, to masz świadomość. Siadasz na śnieżnobiałym fotelu, a Twoją twarz oświetla dziwna lampa. Niby nie razi, ale mocno świeci a później błysk lustrzanki z trzech stron. Pani doktor robi Ci takie zdjęcia jak więźniom w amerykańskich filmach – jedno z lewej, jedno z prawej i jedno z przodu. Rożnica jest tylko taka, że nie musisz trzymać tabliczki. Jedyne co trzymasz, to serce na ramieniu.

Później są ukłucia. Jedno, drugie, trzecie, dziesiąte. Pani doktor każde Ci się zmarszczyć, zdziwić, zezłościć i kłuje. Kiedy wbija się w ten mięsień blisko brwi, zaczynasz rozumieć, co to ból. Piękno musi boleć – myślisz sobie, ale siedzisz bez ruchu. Później już tylko paragon, 1500 zł nie Twoje i dowiedzenia.


Na korytarzu czeka już 7 innych kobiet. Każda tak samo przyszła tutaj, by zapłacić za spokojny sen, uśmiech, akceptację, radość, spokój i komplementy. Teraz komplementy nie są na wagę czy na sztuki, ale na mililitry. 1 ml akceptacji to jakieś 600-1200 zł. Da się to jakoś przeboleć.

Wchodzisz do salonu fryzjerskiego z krzykliwymi różowymi krzesłami i smrodem rozjaśniacza w powietrzu. Płacisz 300 i wychodzisz z piękną fryzurą. U manicurzystki 80 zł i cud pazury na 3 tygodnie. Karnet na siłownię 500 zł za pół roku i możesz trenować dupę do woli.

Krem i żel La Roche-Posay odpowiednio 55 i 51 zł. Razem 106, ale starczy na 2 miesiące.

To ciągle mało, jeszcze nie dosięgasz do półki z napisem „standard”.

U doktor Lidii można zrobić wiele. Odkładasz, chociaż miało być na wakacje, ale szlag, są rzeczy ważniejsze. Grubsza tym razem igła ląduje w policzkach. Wchodzi tam głęboko i czujesz rozpieranie. Coś jak przy znieczuleniu u dentysty, tylko że tutaj bez znieczulenia. Później usta, ale tylko 0,5 ml, bo w sumie nie jest tak źle. Później 5 dni spędzonych w domu z opuchlizną i głębokim przeświadczeniem, że teraz będzie już pięknie.

W galerii z wystawy krzyczą nowe spodnie. Nowy płaszcz, nowa torebka. Kupujesz, bo żal chodzić tak, jak teraz. Do tego bluzka, sukienka, znowu torebka. Później jeszcze 100 innych rzeczy.

I pewnego dnia wychodzisz na ulicę i w końcu czujesz się dobrze. Możesz spojrzeć ludziom prosto w oczy i wiesz, że nie mają się do czego przyjebać. Choćby chcieli, to zrobiłaś wszystko, co było można, a na więcej nie masz już siły.

I kiedy tak idziesz, mija Cię młoda dziewczyna z wózkiem. Patrzy takim tęsknym wzrokiem. Omiata Cię z wolna od góry do dołu, zatrzymuje wzrok na pięknej twarzy i modnej torbie. Ty ją mijasz i nie wiesz, że później pochyli się nad wózkiem i szepnie do dziecka:

Synku, mamusia też niedługo taka będzie, zobaczysz…

Produkcja szczęścia i akceptacji w mililitrach wzrasta z roku na rok. To jest nam potrzebne, bo nie czujemy się gorsi. Nie odstajemy od ogólnie przyjętych trendów, nie mamy tego poczucia upływającego czasu. Nikt Ci w dowód nie zagląda, dopóki wieku nie masz na twarzy. Nikt nie pyta, ile mililitrów akceptacji było tym razem. Po prostu panowie przepuszczają Cię w drzwiach i na pasach a panie zazdroszczą i też w końcu znajdują swoją doktor Lidię. Kto powiedział, że szczęścia nie da się kupić? Ty tego nie powiesz, bo masz w kieszeni paragon za swoje czoło zrobione na blachę. Cóż wiedzą ci, którzy swoimi czołami mogą ruszać?

Tak, ja też mam swoją doktor Lidię. Droga to przyjaźń, ale skuteczna. Otwiera wiele drzwi. Zamyka kompleksy. Nie ważne jak - ważne żeby się czuć dobrze, takim czy innym sposobem. I nie ma się też czego wstydzić, no chyba że przesadzisz. Ma nam być ze sobą po prostu dobrze, bez pieprzenia, że ważna jest tylko duchowość a ciało to marny puch. Nie lubię skrajności. Lubię robić to, co mnie cieszy. Lubię dobrze wyglądać i patrzeć z radością w lustro. Bo to podnosi wibracje, sprawia, że czujesz się pewnie, że masz odwagę, jesteś zadowolony z siebie. Nie neguję, wręcz polecam, jako doskonały dodatek do tworzenia lepszych doświadczeń.

Jeśli chcesz wiedzieć więcej, daj znać. Powiem Ci, dlaczego warto i jaki ma to ogólny wpływ na życie. Gwarantuję, że się mocno zdziwisz.

1 komentarz:

  1. Daj znać jaki ma to wpływ na życie. Uwielbiam Twoje wpisy :)

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.