Przeżyję, co mam przeżyć. Znajdę, co mam znaleźć.

października 10, 2017

Uwielbiałam (no może teraz nadal trochę) wściekać się na świat. Masz mi to dać, kurwa mać – krzyczałam. Bo ja chcę. Bo mi się należy i bo ja tak postanowiłam. I tupałam nóżką. Cuda, cudawianki odstawiałam ze złości, bo mi się nie układa. A później mnie trochę olśniło. Jeszcze nie tak do końca, ale już trochę.

To się i tak stanie


Pisałam jakiś czas temu o Zaufaniu Do Przestrzeni (dużymi literami to dam, bo przekaz TM zasługuje na to, by go wyróżniać). Mówiłam Ci wtedy o tym, że trzeba zaufać, że co ma być, to będzie. I czasami to robię. Jak mi się przypomni, ale wiadomo, że ego mocno zagłusza nam serce i my niby coś wiemy, ale i tak reagujemy instynktownie. No bo nie ma tego „tu i teraz”. Rzadko w nim jestem, muszę sobie to uprzytomnić i dopiero wtedy udaje mi się wejść, a tak na co dzień to lipa raczej. Ale ja nie o tym.

Byłam ostatnio na grzybach. I takie parcie miałam na to, żeby dużo znaleźć. Po prostu lubię, uwielbiam i od razu chciałabym cały koszt natargać. Nie wiem dlaczego, żeby się pochwalić, czy dla własnej satysfakcji. Ogólnie lubię pobijać rekordy, no tak mam i nic nie poradzę. A więc chodzę w tym lesie, a tu dupa blada, trzy grzybki na krzyż. I tak myślę:

W które tu miejsce pójść, żeby dużo nazbierać? No nie może tak być, żeby tyle chodzenia i taki marny zbiór.

I zrobił mi się STOP. Halo, Redaktor – znajdziesz tyle, ile masz znaleźć. Zaufaj.

Fakt. Mówię ok, znajdę tyle, ile mam znaleźć. Jak jest mi pisane dzisiaj dużo, to znajdę dużo. Jak mało, to mało. Przecież te grzybki nie są mi niezbędne do życia. Mam już trochę, a nawet jakby nie miała, to o co chodzi? Nic się nie stanie. Świat się nie skończy, łba mi nie urwie, kometa nie spadnie ani kartofle nie zgniją.

No więc idę sobie tak tym lasem i mam wylane. Patrzę na tę ściółkę i co mam znaleźć, to znajdę.

Chodzę długo i w sumie niewiele mam i w pewnym momencie trafiam w taki obszar, w którym grzybek na grzybku. I nazbierałam cały kosz.

Popłyń z tym


Bez parcia. Poddałam się temu. Przestałam walczyć z chęcią osiągania wyników, które sama sobie zaplanowałam. Powiedziałam sobie z pełnym przekonaniem, że raz są dni lepsze, raz gorsze. Równowaga musi być. Raz mi się coś uda, a innym razem spali na panewce, ale i tak będzie ok.

I znowu przypomniała mi się TM, ale tym razem w kontekście pieniędzy. Chłopaki mówili o tym, że nie można żądać, że zawsze będą. Bo raz są lata grubsze, raz chudsze i musimy zaakceptować ten stan rzeczy. Że raz zarobię dużo, a raz mało albo nic. Płyńmy z prądem, nie pod prąd.

To naprawdę bardzo uwalnia. Cholernie uwalnia od tej delirki życiowej, gdzie ręce Ci się trzęsą, czas nagli, a głowę zalewają setki myśli. I wtedy siadasz sobie, patrzysz przed siebie i mówisz:

Będzie, co ma być. Przyjmę to. Przyjmę wszystko.

Nie zrozum mnie źle. Nie mówię, żeby nic nie robić i czekać na boskie zmiłowanie. Trzeba działać, trzeba próbować, ale czasami stajesz przed murem. Nie chce Ci się, nie masz wyjścia albo jeszcze coś innego i wtedy warto zaufać. W tym najgorszym nawet momencie życiowym warto powierzyć to przestrzeni.

Wysłać taką wibrację, że zgadzasz się przeżyć to, co masz teraz przeżyć i doświadczyć tego, co masz doświadczyć.

Kiedy nie ma wyjścia, zawsze jest wyjście. Wyjściem wtedy jest zaufać, że bieg wydarzeń tak czy inaczej, będzie dla Ciebie sprzyjający. Gdy droga się kończy, możesz usiąść na jej skraju i poczekać. Zobaczyć, jak rozwiną się wydarzenia. Nie biegać po tej drodze jak wariat podobny do psa, który goni własny ogon. Usiąść i poczekać. A może zauważysz kładkę, a może ktoś przylezie i wybuduje most? A może okaże się, że to wcale nie była dobra droga i trzeba zawrócić?

Przeżyjesz, co masz przeżyć. Znajdziesz, co masz znaleźć. Naprawdę.


Nie chodzi o to, by uzależniać się od ślepego losu. Los nie jest ślepy. On widzi więcej, niż Ty. I nie mówię, że zawsze będzie dobrze. Naprawdę sztuką jest przyjąć ze spokojem i wiarą ten moment, kiedy jest źle. Dostrzec z nim wyższy sens. Zobaczyć w nim coś, co sami sobie w pewnym sensie zamówiliśmy. A skoro zamówienie przyszło, to trzeba grzecznie zapłacić i zjeść posiłek. Albo chociaż spróbować, bo póki nie spróbujesz, to nie będziesz wiedział, czy Ci smakuje, czy nie. Może akurat będzie smaczne, a może będzie paskudne, ale za to zdrowe. Nie wiesz. Dlatego musisz to przeżyć. Zdanie wyrobisz sobie po doświadczeniu. Przed to tak, jakby zjeść chipsa i powiedzieć, że się miało orgazm. No nie miało się. Tylko się tak myślało.


To nie jest przeznaczenie. Chyba że nazwać przeznaczeniem to, co sobie planujemy, to co zamawiamy i przyjąć, że skoro to odsunięte w czasie, to może to jest przeznaczenie. Ok, jeżeli wierzysz w przeznaczenie, to tak możesz to nazwać. Jak nie wierzysz, to nazwij sobie inaczej.

Spokojne przetrwanie burzy to jest naprawdę sztuka. Przetrwanie niepowodzenia to też wielka sztuka. W sumie wszystko jest sztuką, gdy nie zgadza się z tym, co byśmy chcieli. W życiu nie zawsze jest różowo. Ba, w sumie różowo to jest rzadko, dlatego że nas naprawdę trzeba czymś zaskoczyć, żebyśmy umieli się prawdziwie ucieszyć.

Może raz na jakiś czas dobrze jest spróbować płynąć z prądem. Nie machać rękami, nie ruszać nogami, tylko poczuć wodę. Zrozumieć, gdzie nas niesie i po co. Pozwolić sobie raz nie mieć kontroli i przekonać się, że bez kontroli też może być dobrze. Gdy ufasz, że cokolwiek się nie stanie, dasz radę i będzie ok, to nic nie jest Cię w stanie pokonać. Kiedy myślisz, że małe niepowodzenie, jak mały wiatr, wywróci Twój okręt, to zawsze będziesz mieć chorobę morską. I będziesz haftować, ale tego haftu na stół nie położysz.

1 komentarz:

  1. Świetnie napisane! Dokładnie też tak myślę. Czasem trzeba dać się ponieść życiu, zaufać. Po pewnym czasie zawsze dochodzę do wniosku, że to co się wydarzyło, jakieś doświadczenie, nieudany romans, miało takie być. W tamtym momencie nie było to dla mnie dobre. I dobrze wyszło, że nie wyszło...Nie ma się co upierać przy niektórych sprawach i walczyć na siłę. Wszechświat wie co i kiedy nam podsunąć lub odsunąć.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.