Trzymanie gardy męczy i zniewala

września 29, 2017

O siódmej rano Nina pocałowała synów na pożegnanie, wysadziła ich przed szkołą i poprawiła nerwowo kołnierzyk garsonki od Armaniego. Przed chwilą pożegnała się z sobą samą, którą teraz na 10 godzin zamknie w pudełku, a przez ten czas świat będzie oglądał inną Ninę.

Do jednego z Warszawskich biurowców wejdzie pewna siebie, zimna jak stal kobieta przed czterdziestką, która zmierzy wszystkich wzrokiem ostrym jak rzeźnicki nóż. Każdy będzie się bał tego wzroku – oto nadeszła szefowa i klękaj marny pyle albo rozwiej się na wszystkie strony świata, by nie załapać ciosu.

Nina ma gardę i to jej przekleństwo.

Każdy ma gardę. I każdy ma to przekleństwo.

Nawet nie wiesz, jak często i jak bardzo trzymasz gardę. Robisz to niemal cały czas, tak jak ja i obojgu nam wydaje się, że to normalne. Tymczasem nie. To nie jest normalne, ale tak już do tego przywykliśmy, że wydaje nam się być standardem.

A co to ta garda?


Zawodnicy walczącymi na ringu trzymają tzw. gardę. Czyli chronią się, przez cały czas się asekurują przed uderzeniami przeciwnika. Trzymają ręce na wysokości twarzy, tak by ochronić najdelikatniejszy organ – głowę. Przez cały czas się bronią, są spięci, oczekują na cios i robią wszystko, by do niego nie dopuścić. Trzymają pion. Trzymają formę. Trzymają wymuszoną pozycję, która ma im zapewnić bezpieczeństwo.

My też tak robimy.

Wcielamy się w role społeczne, które wymagają od nas jakiejś postawy. Jak jesteśmy poważaną panią z banku, to robimy wszystko, żeby wyglądać poważnie, żeby nie przykleiło się do nas jakieś gówno, które nam zepsuje reputację i tak dalej. Przez cały czas dbamy o to, by nie dać plamy. Ładnie się ubieramy, nie popełniamy błędów, nigdy się nie spóźniamy, nigdy nie mamy brzydkiej fryzury ani złamanego paznokcia a przed przełożonymi i podwładnymi gramy idealne.

Jak jesteśmy panem prezesem, to choćby nas korciło się powygłupiać, to wiemy, że musimy mieć twarz z kamienia, niewzruszoną postawę i wydawać zalecenia, które zostaną wykonane w lot. Nigdy, ale to nigdy nie pozwalamy sobie, żeby coś popsuło nasz wizerunek, bo wiemy, że to będzie nas słono kosztować.

Przez cały czas trzymamy gardę. Taką maskę, która każe nam w danej sytuacji wyglądać i zachowywać się w określony sposób. I albo mamy już doświadczenia, które mówią, że jak się zapomnimy, to będzie źle, albo takich doświadczeń się bardzo bolimy. W każdym razie pieruńsko obawiamy się, żeby przestać trzymać tę gardę.

Bardzo się spinamy na tę idealność. Tak bardzo obawiamy się, by ktoś nam czasami nie wytknął błędu, że takie spodnie to były modne w tamtym sezonie albo że dzieci to się inaczej wychowuje. Przybraliśmy konkretną pozę i całe życie jest tej pozie podporządkowane. Albo jego część.


W domu jesteśmy do rany przyłóż, a w pracy diabły. W domu diabły, a w pracy anioły. W towarzystwie znajomych jesteśmy otwarci i mili a w nieznanym zdystansowani i cisi. Każdy   z nas czasami trzyma jakąś gardę.

Tylko że ona czasami dusi. Tak wielką mamy ochotę, żeby zacząć się w tej pracy wygłupiać, ale nam nie wolno. Tak bardzo mamy chęć mieć wszystko w dupie, ale nie możemy. Tak bardzo nas nosi, ale siedzimy w miejscu albo tak bardzo chcemy usiąść, ale garda każde gnać.

Tylko że to czasami bardzo męczy. Dochodzimy do takiego etapu, w którym widać wyraźnie, że wcale nam to nie służy. Do takiego momentu, w którym ta garda staje się jak obroża, która coraz bardziej nas ściska i sprawia, że już nie mamy na nic siły. Zaczyna być naszym więzieniem, z którego niby można wyjść, ale każdy boi się podejść do drzwi.

Ta garda zniewala. Im większa różnica między nią a normalnością, tym gorzej. Trzeba ją czasami zdejmować. Na małe sekundki pozwalać sobie oglądać świat bez niej. Na chwilę przerywać, opuścić ręce i jak nic nas nie zeżre, to za jakiś czas powtórzy znowu i tak znowu, i znowu aż oswoimy się z tym, że nie trzeba jej ciągle trzymać.

Im bardziej trzymamy tę gardę, tym początkowo bardziej boli nas jej opuszczenie. Nie jest wcale dziwne dostać wtedy w dziób i się zrazić. Sęk tkwi w tym, by się właśnie nie zrażać i opuścić jeszcze raz. I znowu. I znowu i tak dopóty, dopóki nie uświadomimy sobie, że nie musimy mieć jej przez całe życie.

Powiedz, widzisz w sobie czasami Ninę?

...

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.