Najbardziej przywiązany jest ten pies, którego nie trzymasz na łańcuchu

września 24, 2017

Notorycznie spotykam się z pytaniami, jak zatrzymać przy sobie osobę X czy doświadczenie Y. Coś nam pasuje i od razu strzelamy gałami na prawo i lewo, co tu zrobić, żeby to coś przy sobie zatrzymać jak najdłużej. Co zrobić, żeby nam to nie uciekło?

Co tu wyczarować, żeby mąż nie odszedł, żeby nas z ukochanej pracy nie wylali, żeby nas dobra passa nie opuściła i takie tam. W sumie wszystko sprowadza się do jednego: jak zatrzymać przy sobie to, co nam odpowiada.

Chociaż w sumie nie tylko to, co odpowiada, bo czasami chcemy zatrzymać męża, który pije i bije, ale my kochamy. Albo pracę, w której męczą, ale która pozwala spłacać kredyt. Różne są pobudki do tego, by coś zatrzymać. Raz chodzi o to, że nam pasuje a innym razem o to, że boimy się inaczej. Nie ma to znaczenia. Jeden i drugi sposób wynika ze strachu. Ze strachu przed tym, że jednak stracimy to, na czym nam tak cholernie zależy albo co złe, ale lepszy swój wróg niż obcy.

No i co tu począć? No dobra, to teraz będę się mądrować i powiem, co wiem. A raczej napiszę, a Ty słońce z łaski swej przeczytaj i oceń, czy mam rację, czy widzisz to inaczej.

Który pies Ci ucieknie?


Mamy dwa pieseły. Pieseł A chodzi całe życie wolno. Ma u Ciebie żarełko, ma ciepełko, ma głaskanie i wyprowadzanie. Wszystko ma. Biega sobie, szczy pod krzaki, drapie meble jak nie patrzysz. Normalny pies.

Pieseł B wisi na łańcuchu. Przez cały czas albo większość czasu wszystko ma podstawiane tam, gdzie znajduje się buda i gdzie ten niewdzięczny łańcuch brzęczy. Niby ma ciepło, niby ma jedzenie, ma wszystko, czego potrzeba do życia. Niby, bo nie ma wolności.

Który pies Ci spierdoli?

Ten, który wie, jak to jest biegać i się wyszaleć, czy ten, który tego nigdy nie doświadczył i tęskni za tym tak, że nawet z tego jedzenia zrezygnuje i z tej wygodnej budy, by tego tylko spróbować? Natury nie oszukasz.

No więc widzisz. Z nami jest tak samo. Jak coś chcemy przy sobie kurczowo trzymać, to się w tym zatracamy i gdzieś po drodze jest jakiś zgrzyt i wszystko pierdolnie. Jak kogoś chcemy zatrzymać, to go w końcu fizycznie lub mentalnie udusimy jak moja mama kurczaczki, gdy była mała. Tak bardzo je kochała i tak bardzo przytulała, że wszystkie podusiła. Z miłości…

No co? Kota też można na śmierć zagłaskać, prawda?

Tacy jesteśmy. Jak mamy tę swoją strefę komfortu, to czy ona dobra, czy zła, będziemy bronić jak lwice. Z paszczą i z pazurami się rzucimy, żeby tylko ochronić to, na czym nam zależy i inaczej nie potrafimy. Nie umiemy odpuścić, bo nas w dżungli wychowano. W takiej ludzkiej nowoczesnej dżungli, w której jak nie jesteś drapieżnikiem, to zeżre Cię ktoś inny. No więc albo Ty warujesz dzień i noc przy szałasie i pilnujesz zdobyczy albo Ci ją ukradną lub też dostanie ona nóg i sama da dyla.


Nigdy nie można być pewnym jutra. Trzeba się asekurować. Trzeba tu stawać na głowie, żeby nie pozwolić zdobyczy uciec. Trzeba zasieki zbudować, fosę wykopać, krokodyli nawpuszczać a samemu usiąść na wieży z fuzją albo jakimś innym ustrojstwem i tatatatata tatatatata tatatatata do każdego wroga. I wtedy może uda nam się te nasze dobra obronić.

Gówno prawda. Przepraszam – guzik (wersja dla tych, co to nie tolerują, jak mnie inwencja w wyrazie ponosi). A mówię od razu, że z tą formą wyrazu nie zerwę chyba nigdy. :)

Wracając do sprawy.

Zerknij na tytuł, za sprawą którego się tu znalazłeś: Najbardziej przywiązany jest ten pies, którego nie trzymasz na łańcuchu i powiedz mi, czy tak właśnie nie jest?

Czy to nie jest tak, że wszystko to, o co tak całe życie walczyłeś, tak szybko Ci zabierano, tak łatwo przepadało i tak pieruńsko szybko się niszczyło?

Dlaczego zawsze tłuczesz ulubiony kubek?

Dlaczego zawsze wychodzisz na głupka wtedy, kiedy najbardziej chcesz wywrzeć dobre wrażenie?

Dlaczego najszybciej zostawia Cię ten chłopak lub ta dziewczyna, dla której lub którego można się było żywcem pokroić?

Dlaczego przed nosem umykają Ci najłatwiej te okazje, z których najbardziej chcesz skorzystać?

Jest tu jakaś analogia i nie mówi mi, że jej nie ma.

To moim zdaniem taki efekt przedobrzenia. W Transerfingu nazywa się to wahadłem, czyli jak za bardzo szczerzysz zęby, to Ci zaraz ktoś w te zęby pieprznie. Jak się za bardzo na coś nastawiasz, to Ci się nie uda. Jak za bardzo chcesz coś trzymać blisko przy sobie, to Ci ucieknie.

Tu chodzi przede wszystkim o takie zaburzenie równowagi energii. Tak myślę. Bojąc się utraty czegoś lub kogoś, wprowadzasz energię strachu i ona niweczy wszystko to, co pozytywnego wytworzyłeś w kwestii osiągnięcia jakiegoś celu. Bach! Pierdut i po ptokach!

Sama zrobiłam tak wielokrotnie. Jak tylko pojawiła się energia obawy o to, że coś stracę, to automatycznie świat zaczął się składać tak, że albo zaczynałam to faktycznie tracić, albo miałam święte przekonanie, że tak jest, a w wyniku tego tak się później stało.

Wniosek?

Nie chcieć? No to proste by było:

Wychodzę za Ciebie za mąż Stanisławie, chociaż wcale nie chcę, ale wyjdę, najwyżej zaraz wrócę.

Chcę Cię domku wybudować, ale jak mi się nie uda i zostaniesz tak w połowie to w sumie super, bo ja kurwa wcale nie chce w Tobie mieszkać!

Wyobrażasz sobie takie wersje? Ja nie. Ty pewnie też nie i tu jest właśnie cała ta zagwostka, jak to zrobić, by chcieć i by nie chcieć. By mieć i jednocześnie nie bać się stracić. Gdybym potrafiła znaleźć złotą receptę, to byłabym normalnie kozak (albo kozaczka raczej, rodzaj żeński).

Po prostu nie zatracajmy się w tym. Miejmy świadomość, że wszystko przemija i to na czym nam dzisiaj tak zależy, jutro może być już przeszłością. Może odejść, zginąć, zepsuć się i kaniec filma. Nie uzależniajmy swojego życia od posiadania czegoś czy obecności w tym życiu konkretnych osób. Ludzie też odchodzą i na to tak samo nie da się nic poradzić.

Jeżeli nie potrafimy bez czegoś żyć, to jesteśmy w tym życiu bezbronni. Kiedy umiemy dopasować się do sytuacji, poradzimy sobie zawsze i wszędzie.


Ślę całusy i daj znać, co na ten temat sądzisz.

7 komentarzy:

  1. Hej! zdecydowanie coś w tym jest... lubię Twoje teksty, mam chyba podobne podejście do wielu spraw. Ale fakt jest taki, że nie możemy się "uwieszać" na kimś i oczekiwać, że nie ucieknie.. zawsze uciekają.. takie gówno :/ a nam się wydaje, że zaangażowanie jest ok.. jasne jest, ale czasem warto się pierdyknąć w głowę i zapytać.. kurde, co ja robię? :)
    Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dokładnie, nadmierny potencjał wg. Transerfingu :D myślę, że tutaj nie chodzi o to żeby nie cieszyć się albo nie wyrażać pozytywnych emocji ze strachu przed tym, że coś się zj... zepsuje :P tylko o to żeby nie brać niczego za pewnik. Zaufać, ale być neutralnym. Wszystko co do nas przychodzi jest dla naszego najwyższego dobra (choć czasem cięęęężko w to uwierzyć).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę szkoda, że nie można tej szali tak wychylać, ale no cóż...

      Usuń
  3. super tekst i pisz po swojemu siarczyście dosadnie to mi się podoba :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Piszesz cudnie a słowo "kurwa" u Ciebie brzmi tak, że ja za każdym razem parsknąć muszę śmiechem :D:D Ja też uczę się puszczać, pomaga mi w tym praktykowanie procesu Ho'oponopono.Oddaję wszystko co czuję, że zaczynam nie tylko krótko, ale coraz silniej trzymać, ale bywa że przez jakiś czas nie robię procesu, chociaż czuję, że chcę i teraz mnie olśniło dlaczego, żeby nie puścić ;) Bingo!

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.