Bozia nie uczyniła Cię przegranym, więc nie czyń nim sam siebie

sierpnia 23, 2017

Niby mamy równe szanse, ale jednak nie. Niby ten sam zestaw możliwości, a jednak inny. Wszystko mamy inne, ale jedno takie samo – nie urodziliśmy się przegrani. Urodziliśmy się po to, by jak najlepiej wykorzystać wszystko to, co nam dano.

Ten chłopiec bez nóg nie jest przegrany. Ta dziewczynka z chorym sercem też nie. Nie jest przegranym bezdomny i nie jesteś przegranym Ty. Nikt nie jest, bo nikogo nie sprowadzono tutaj po to, by od razu skazać go na beznadzieję. Ale my sobie tak lubimy powtarzać.

Ciągle spotykam się z ludźmi, którzy miauczą, że:

- oni to z patologicznego domu
- oni to z biedy
- oni to ze wsi
- osi od dziecka z dysleksją

Ogólnie zawsze znajdzie się zawsze jakiś powód do tego, żeby powiedzieć:

Bo ja to miałem gorzej, wiesz?

Możesz przytaknąć i powiedzieć, że ok, on miał gorzej, ale to chyba tak nie jest.

Znam ludzi ze wsi, których życie nauczyło ciężkiej pracy i osiągania sukcesów, ale znam też takich (a właściwie takie), które ziemniaków na obiad nie potrafią ugotować.

Znam chorych, którzy spełniają się w życiu na każdej płaszczyźnie i zdrowych, którzy nie robią nic, bo biedy nauczeni, bo znajomości nie mieli, bo im nauka nie za bardzo szła.

Ogólnie rzecz biorąc, nie ważne, z jakiego poziomu startujesz. Czy z nizin społecznych, czy z samych szczytów – nigdy nie jest przegrany. Bo to nie jest tak, że jednych bozia lubi a innych nie. I nie jest tak, że jednym pomaga, a drugich na bok spycha.


Wiem, że mogłeś nie mieć w życiu lekko, bo i ja sama lekko nie miałam. Rzadko się zdarza, by ktoś urodził się w życiu, jak w bajce, wszystko mu dobrze szło i o nic się nie przejmował. Znam obie strony barykady – i tę dobrą, i tę zła. I tę, do której chce się biec, i tę, od której chce się uciekać. Każdy to chyba zna.

Tylko że nie można samemu podcinać sobie skrzydeł. Nie można dać się zaszufladkować przez to, że z biednej rodziny, że chory, że ze wsi, że o słabym charakterze. Ogromna liczba osób, których spotykam, podcina skrzydła sobie i innym. Nie ze złośliwości, tylko dlatego, że tak ich nauczono. Tak mama z tatą powtarzali, tak w szkole mówili i tego życie nauczyło. Wyrasta taki młody człowiek i tak jakby z góry wie, że on to cudów nie zwojuje, bo A albo B. Zawsze jest jakieś „ale”.

Dlatego uwielbiam czytać motywujące historie ludzi, którym udało się z tego wyrwać. To najjaśniejsze ukazanie tego, że tak naprawdę nie ma znaczenia, z jakiego punktu startujesz. Czy rodzisz się ładny, czy brzydki. Czy dorastasz w bogactwie, czy w biedzie. Uroda i kasa determinują wiele. Wiele też pomagają i nie bądźmy hipokrytami – ładnym i bogatym może być w życiu łatwiej. Ale pamiętaj, że tylko z pozoru.

Znam taką piękną dziewczynę, która nie może od lat spotkać faceta, który chce się z nią spotykać. Jest tak prześliczna, że wręcz idealna. Dosłownie anioł zesłany na ziemię w ludzkiej skórze. I ta uroda to jej przekleństwo. Wszyscy do niej wzdychają, ale nikt nie odważy się z nią być. Facetami rządzi strach, że ona szybko przy nich miejsca nie zagrzeje, że będzie ich zdradzać. Mówili jej wprost, że nie mogą znieść uczucia, jak wszyscy mijający jej mężczyźni patrzą na nią pożądliwym wzrokiem. To dla tych mężczyzn za wiele. I powiesz mi, że ładny ma na pewno łatwiej?

Znałam faceta, który wychował się w bogatej rodzinie. Nigdy niczego mu nie brakowało. Wystarczyło, żeby skinął swoim wymuskanym, arystokratycznym paluszkiem i miał na zawołanie wszystko, dosłownie wszystko, co chciał. Opływał w luksusy. I to tak dosłownie, bo jak opowiadał, że nie żal by mu było zastąpić papieru toaletowego banknotami, to nas, słuchających, przechodził zimny dreszcz. Tylko co z tego, skoro nikt nie uczył go, jak tą kasą operować. Przedsiębiorczy rodzice umarli, on został z całym tym bogactwem i szybko je rozpierdolił, spadając do poziomu statystycznego Kowalskiego. Nie mógł tego znieść i palnął sobie w łeb. I powiesz mi, że bogaty ma łatwiej?

Nikt nie ma łatwiej, dopóki sam nie postanowi, że mieć będzie. Nikt nie jest przegranym, dopóki sam do tego ręki nie przyłoży.

Wierzę i to z całym przekonaniem, że sami decydujemy – świadomie czy nie – jak to z nami będzie. Możemy się wybić i upaść. Wygrać i przegrać. I nie ma czegoś takiego, jak z góry determinowany efekt, do którego sami nie przyłożylibyśmy ręki. No po prostu nie ma czegoś takiego.

Nie jesteś przegrany nawet wtedy, kiedy Ci się nie udaje. Nie jesteś skazany na porażkę dlatego, że wywodzisz się z takiego czy innego środowiska. To absolutnie nie jest tak i nie pozwól, by ktokolwiek wmawiał Ci, że tak jest.

Jak ja nie lubię tego głupiego tekstu: za wysokie progi na Twoje nogi.


Najgorsze to samodzielnie ustalić sobie jakiś pułap. Jak go ustalisz, to uwierz, że już go nie przeskoczysz. Będziesz próbować zrównać z tym ustalonym poziomie i nie pozwolisz sobie na nic ponadto. To nie jest fajne, bo Ciebie może stać na więcej. Tylko musisz skończyć z tym wiecznym ględzeniem, że to jest już szczyt szczytów.

Ja bardzo daleka jestem od stwierdzenia, że człowiek może osiągnąć wszystko, co chce. Dla mnie świat nie jest zero jedynkowy. Są pewne ograniczenia (przede wszystkim w podświadomości), tak więc może się okazać, że rzeczywiście niewiele z naszych marzeń wyjdzie. Ale to ma się dopiero okazać, a nie tak, że Ty od razu spiszesz siebie na straty i zanim zaczniesz, stwierdzisz, że: ni chuja, to nie wyjdzie.

Może nie wyjść i masz do tego święte prawo, bo to nie jest jakiś wyścig szczurów, że trzeba sobie łeb urwać, ale cel osiągnąć. Tylko jedna sprawa jest tutaj ważna: najpierw trzeba spróbować i wyzbyć się przekonania, że się nie powiedzie.

Mówię Ci, bozia nie uczyniła Cię przegranym. Naprawdę, bo ona nie jest taka głupia, jak to sądzą niektórzy, że jednym pomaga, a drugim dowala. Widzimy niesprawiedliwy świat, ale może w głębszym ujęciu sprawiedliwość jest  większa, niż nam się może wydawać.

Bardzo przykro mi się robi, kiedy rozmawiam z kimś, kto ma marzenia, ale od razu mówi:

Za duże ryzyko. Ja wiem, że na 99% sobie nie poradzę i to się nie uda.

Mam wtedy ochotę spytać:

Dlaczego miałbyś sobie nie poradzić? Co Ty jesteś dzieckiem jakiegoś gorszego Boga?

Strzelamy sobie w stopę, zamiast kupić na nią dobrego buta i próbować stawiać kroki. Spisujemy się na straty, zanim jeszcze spróbowaliśmy cokolwiek zrobić. Wyciągamy na świat wszystkie przeciwności, zamiast najpierw wyciągnąć możliwości.

To z głupoty czy z niewiedzy?

Nie ma sensu stawiać się od razu na gorszej pozycji. Nie jest to fajne, kiedy zamiast doceniać siebie, od razu wydajemy na siebie niekorzystny wyrok. Każdemu kibicujemy, a siebie skazujemy na porażkę.

Nie byłeś, nie jesteś i nigdy nie będziesz przegrany, dopóki sam tak siebie nie określisz. Wiesz, co dobrego można wyciągnąć z pływania w szambie? Można się odmłodzić i złuszczyć mocznikiem a później wyjść i pokazać światu całkiem inną twarz. Na początku jest trochę smrodu, a później już sama satysfakcja. Jak z remontem – najpierw musi być burdel, żeby później było pięknie.

Trochę więcej wiary w siebie. Nie takie rzeczy już Ci się udały i nie takie jeszcze udadzą. Nie wolno sobie podcinać skrzydeł, bo one się tak ciężko zrastają. Trzeba skrzydełka pielęgnować, bo jeszcze nie raz będziesz dzięki nim latać.

1 komentarz:

Obsługiwane przez usługę Blogger.