Sprzedajemy dusze za lajki i fallowersów...

lipca 17, 2017

Coś Ci powiem – żyjemy w takim świecie, w którym sprzedajemy dusze za lajki i fallowersów. Tak jest i nie ma się co czarować. Internet nas trochę ogłupia. Tak Ciebie, jak i mnie. Sami to generujemy i sami jesteśmy ofiarami.

Twoje lajki są cenne


Zobacz, co zrobił z nami Facebook. Dał życie i je odebrał. Pokazał, jak to pięknie żyje się innym i zmusił, byśmy żyli tak samo. A ja wiem, jak Ty wyglądasz rano. I wiem, jak wygląda Twój dzień, bo ja wyglądam tak samo i dzień mam taki sam. I wcale nie jesteśmy tacy cudownie idealni, jak nasze facebookowe alter ego. Nie zasypiamy w śnieżnobiałej i pachnącej konwaliami pościeli i nie budzimy się z okrzykiem radości, poświęcając sobie rano tyle czasu, ile byśmy chcieli.

Ale komercja nakazuje nam, by do tego dążyć. Żeby wyglądać pięknie, emanować luksusem, przyprawiać sąsiadki o mikrowylewy i chcieć więcej.

Pracuje w branży, która dąży do tego, żeby coś Ci sprzedać. Żeby skłonić Cię do tego, byś kupował nawet to, czego tak w zasadzie w ogóle nie potrzebujesz. Pracuję w branży, która napędza konsumpcjonizm. W branży, w której liczą się duże marki, Twoje lajki i Twoja kasa. W świecie, gdzie jesteśmy w stanie za te lajki sprzedać duszę.

Codziennie dociera do Ciebie ogrom wiadomości z różnych portali. Wszędzie tam prosi się Ciebie o lajka, o komentarz, o udostępnienie. Musisz reagować, bo reakcja to fejm a fejm to kasa. Wiem, jak działają Fan Page z milionami fanów, po co i jak prowadzi się portale. Znam to od podszewki. Wiem, co ma robić każde logo i jak ma Cię chwytać za serce każdy baner reklamowy. Wiem, jak kręci się reklamy i jak wyciąga od Ciebie pieniądze.

Każdy, kogo znasz i lubisz w sieci, żywi się Twoimi lajkami. Dosłownie i w przenośni. Tylko że niektórzy zatracają się w tym tak bardzo, że za lajki i fallowersów są w stanie zrobić wszystko. Sprzedadzą ostatni skrawek swojej prywatności, zrobią z siebie idiotę, albo będą wyrażać opinie, które wcale nie są ich opiniami. Tak jest i nie ma w ogóle sensu z tym walczyć. Dla lajków jesteśmy w stanie zrobić wiele. Mówię „jesteśmy”, mając na myśli też Ciebie. Nigdy nie wrzuciłeś zdjęcia, żeby "tamtym" gul skoczył?

Nigdy nie starałeś się pokazać na Fejsie, Instagramie czy Snapchacie od takiej strony, żeby dostać lajki? Nie włączałeś filtra w telefonie, nie sprzątałeś mieszkania, żeby ładnie wyszło na zdjęciach i nie wycinałeś tego, co brzydkie, żeby sprawiać lepsze wrażenie? Nie kłam, że nie. Robimy tak wszyscy. Każdy z nas goni za lajkami, bo to takie plus 100 do pewności siebie i taka chusteczka na otarcie łez, bo przecież wcale tak pięknie w życiu nie mamy. Ale chcemy, żeby inni myśleli, że tak jest. Dlaczego? Bo potrzebujemy akceptacji. Łakniemy jej jak głodny pies, a taki podły świat mamy, który nam akceptacji za darmo nie daje. No to trzeba się gimnastykować.

Balansowanie na linie

W poszukiwaniu akceptacji obnażamy siebie. Pokazujemy, jak spędzamy wakacje, co jemy na śniadanie i jaki kolor majtek mamy dzisiaj na sobie. To się sprzedaje. Ludzi to interesuje. Ludzie chcą wiedzieć, czy Tobie czasami nie powodzi się lepiej, niż im.

M., blogerka modowa mówi:

Codziennie rano wstaję i wiem, że dzisiaj będę musiała obnażyć kawałek własnej duszy. Że znowu będę musiała coś pokazać. Ja naprawdę nie mam ochoty tego pokazywać. Czasami chce się gdzieś schować i powiedzieć, żeby wszyscy dali mi spokój, ale nie mogę. Muszę być na świeczniku. Muszę się sprzedać i wiesz co - czasami czuje się jak dziwka, bo moja prywatność idzie za lajki. Za te pierdolone lajki i suby, które tak naprawdę nic dla mnie nie znaczą. Ja chce po prostu zarabiać, bez fejmu nie będę zarabiać, a fejmem jest moje prywatne życie. Wciskam ludziom kit, którego sama bym nie kupiła i tak ładnie się uśmiecham. A później wyłączam aparat i znowu jestem sobą.
Potrzebujemy akceptacji. Musimy mieć tę świadomość, że komuś się podobamy, ktoś nas chce, wzoruje się na nas. Musimy czuć, że jesteśmy kimś.

Każdy chce być kimś, a najłatwiejszą drogą do tego, by stać się kimś, jest przestać być sobą. Taki mamy świat proszę państwa.

Przybieramy piękne pozy do selfie i czeszemy się w ząbek, żeby dostać lajki. Zakładamy konta na Instagramie i Snapchaty. Kręcimy vlogi, piszemy blogi i jesteśmy wszędzie. Musimy być wszędzie. Karmi nas zainteresowanie. Życie ma się sprzedać. Życia mają nam wszyscy zazdrościć, mają się wzorować i podziwiać. Mają nam dać namiastkę spełniania i komentować, że "oj, jak pięknie", "zazdroszczę Ci", "Ty to masz pomysły".

Przekonania? W kieszeń


Tak. Wkładamy w kieszeń swoje przekonania po to, żeby przypodobać się innym. Żeby do jakiejś grupy należeć a od innej uciec. Mówimy to, co chcą słyszeć. Robimy to, co chcą oglądać. Nie interesuje nas dobro innych. Nie myślimy o tym, czy reklamowane przez nas produkty naprawdę się komuś przydadzą albo, czy kreowany przez nas styl życia jest prawdziwy, czy to tylko taki fejk. Nie chcemy się zastanawiać, co odbieramy ludziom. Nie mamy sentymentów. Hajs się zgasza? W takim razie wszystko się zgadza. Lajki się zgadzają? No to ok, jednak ludzie nas lubią. To się tyczy tak życia, jak i sprzedaży.


Wszędzie prosi się Ciebie o lajki. Żeruje na Twojej naiwności. Prezentuje biedne pieski i chore dzieci. Namawia do udziału w szczytnych akcjach i wywiera presję na Twoim portlefu. Bo tak naprawdę wszystko sprowadza się do tego portfela. Fan zdobyty to fan, który może otworzyć swój portfel. Udostępniasz profile typu "polubienia dla papieża", szybko lajkujesz post "jeżeli go szanujesz, to polub" i nawet nie wiesz, że ktoś tam, po drugiej stronie ma w dupie papieża i Twój do niego szacunek. Ten ktoś robi po prostu hajs.

Mami Cię wygraną w jakimś lipnym konkursie na fanpage, który dopiero powstał. Ty lajkujesz, udostępniasz i komentujesz, a później jesteś sprzedany jak ten murzyn, firmie, która ten fanpage odkupi, zmieni sobie nazwę i już ma gotowych fanów. Ile w Tobie naiwności...

Gdziekolwiek lajkujesz, pamiętaj, że sprzedajesz też siebie. My wszyscy sprzedajemy siebie. Oddajemy się czasami za bezcen i jeszcze się cieszymy, że to w słusznej sprawie.

Pokazujesz, gdzie jesz, gdzie sypiasz, co zwiedzasz i jaką masz nową kanapę. Po co to pokazujesz? Żeby dostać lajka i tak jak firma zarabia za Twoje polubienie, tak Ty też zarabiasz, gdy ktoś lubi Ciebie. Zarabiasz mylne przekonanie, że znaczysz więcej, niż sam siebie wyceniasz.

 Pytam M.:

Wiesz, jak to wszystko funkcjonuje i nie przytłacza Cię to?
Po chwili zastanowienia odpowiada:

Na początku było mi głupio, to takie uczucie jak pierwszy raz w życiu się uchlasz na imprezie i potem nie wiesz, komu możesz spojrzeć w oczy, ale dalej było już z górki. Nie mam prywatnego życia, ale mam na nową torebkę. Zarobiłam na nią dzięki ludziom, którzy mnie lubią, ale wiesz, co jest najgorsze? Ja nie czuje, żebym dała im za to współmierną wartość. Tak naprawdę nie szanuje ich, bo są głupi. Wystarczy im pokazać skrawek chusteczki w restauracji i udostępniają to, rozumiesz? To sprawia, że jest mi lżej.
W życiu osoby publicznej jest tak, że wiele zrobi, by pozyskać Cię jako fana, obserwatora i sukskrybenta. Fajnie się później pertraktuje z firmami, które reklamuje. Im więcej jest was, tym lepsza jest za to torebka. Jedyną ceną jest życie - prywatność, normalność, szczerość. Ale kto by się tym przejmował.

Za każdym razem, kiedy i Ty szukasz akceptacji na Facebooku, jesteś jak ta blogerka modowa. Sprzedajesz się. Robisz to, bo wszyscy tak robią. Bo tak wypada, bo to uszczęśliwia, gdy wszyscy Ci zazdroszczą. Tylko że Ty wiesz, jak jest naprawdę. Wiesz, co się dzieje, gdy gaśnie lampa aparatu. Wtedy znów jesteś sobą.

Ja widzę te wymuskane zdjęcia. Te sztuczne pozy, pięknie zaaranżowane wakacje, cudne popołudnia z rodziną i namiętne facebookowe miłości. Ja to widzę i wiem, że to nie jest naprawdę. Może byśmy tak chcieli. Może tak nam się marzy, ale to jest shit. Więc nie zazdrość tym, którzy to perfekcyjne życie prezentują, bo na co dzień jest u nich tak, jak u Ciebie. Czarno-biało i żadna liczba lajków i słodkich komentków tego nie zmieni.


Nie ma tak, że każdy rano budzi się z wytuszowanymi rzęsami i śniadanie ma podawane do łóżka. Absolutnie nie wierz, że ludzie mają czas rano piec szarlotki, odwozić dzieci do szkoły, relaksować się przy kawie, a później zwiedzić świat, skoczyć na jogging, wziąć trzygodzinną kąpiel z pianą i płatkami róż, i zrobić z tego wszystkiego piękne zdjęcia. To jest shit! My się tak tylko licytujemy. Przebijamy, kto da więcej. Kogo bardziej szlag trafi.

Widząc innych, naśladujemy. Też tacy chcemy być. Też chcemy, by ktoś nam zazdrościł. Chcemy się oszukiwać, że jest lepiej niż w rzeczywistości i że nie odstajemy od innych. Te wszystkie pięknie wypracowane na siłowni brzuchy. Te nienaganne paznokcie, które same tak rosną, ślicznie ułożone poduszki, których nie trzeba prać, piękne obiadki w najlepszych knajpach, radosne wycieczki, cudowne wesela na kredyt, wymarzone prezenty gwiazdkowe. Te uśmiechy, imprezy do białego rano, po których nikt nie żyga i dzieci, które kupy nie robią.

Tak Ci to pokazują. A Ty temu zazdrościsz. Czytasz, oglądasz i krew Cię zalewa. Tylko że...

Liczy się fejm. Hajs ma się zgadzać. Hajs się zgadza? W takim razie wszystko się zgadza...

Liczą się gra. Lajki mają się zgadzać. Lajki się zgadzają? W takim razie wszystko się zgadza...

Tak oszukuje się smutne pokolenie Facebooka. Pokolenie, które szuka miłości w podniesionym kciuku.

2 komentarze:

  1. W sumie nigdy nie interesowało mnie wciskanie kitu innym. Jeśli jest coś co mi się nie podobało, to o tym piszę i na odwrót również. Zgadzam się w tym, że te lajki to takie życie, szukamy atencji, fejmu, ale wychodzę z założenia, że jak raz na jakiś czas napiszę o czymś źle - to nie zbiednieje, a i czyste sumienie mam, że nie wcisnęłam komuś kitu. Zawsze też wolę dodać, że to co sprawdza się u mnie z nie musi wcale sprawdzić się u Ciebie. Post w każdym razie świetnie opisuje to, co się dziś dzieje i jak socialmedia zapanowały nami :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ludzie są głupi, ale korporacje niemądrzejsze. Unlike jest super prosty; taki los spotyka każdy sprzedany fanpage, gdy tylko zauważę, że nastąpiła zmiana właściciela. A ile to ja stron polubiłam na 5 minut, bo oferowali jakieś promocje. O followersów dziś łatwo, ale o lojalnych konsumentów, którzy zapewnią stały dopływ gotówki już ciężej. Bo ludzie coraz szybciej się nudzą.

    A co do prywatności w sieci, to kwestia indywidualna. Mam znajomych, którzy muszą wrzucić zdjęcie wszystkiego co jedzą, mam też takich (sama się do tej grupy zaliczam), którzy nie podają nawet nazwiska. A odkąd media społecznościowe zostały odkryte przez firmy HR-owe, to zaczęły się masowe czystki na profilach. Im wyższe stanowisko w firmie i im bardziej zaawansowana kariera (ewentualnie desperacja w szukaniu pracy), tym skromniej w social mediach.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.