Dużo myślisz? To błąd! Błogosławieni Ci, którzy nie myślą

lipca 16, 2017

Mam takiego kumpla, który bierze życie bardzo lekko. Nie zobaczysz go zdenerwowanego. Nie zobaczysz, jak pomstuje na cały świat i walczy z nim. Zobaczysz go uśmiechniętego albo w ogóle. I to nie jest tak, że on wygrał życie i układa mu się jak z płatka. On po prostu nie myśli wtedy, kiedy nie musi.

Ilekroć z nim rozmawiam, słyszę:

- Bo Ty za dużo rozkminiasz. Nigdy nie jest tak dobrze jakby mogło być, czy jakby się chciało.

Kocham go za to. No normalnie go kocham, bo ja się dopiero takiego podejścia uczę i wiem, że daleka droga jeszcze do tego, by było moją codziennością.

On ma to naturalnie. Całkowicie naturalnie ma na większość rzeczy wylane i co by się nie działo, to kwituje to takim napadem śmiechu. Nie szaleńczego. Takiego, który potrafi rozładować wszystkie emocje.

I tak sobie wtedy myślę, że myśleć nie powinnam. Nie powinnam zastanawiać się nad tym wszystkim, co tak skrzętnie rozkładam na czynniki pierwsze. Nie powinnam analizować, jeżeli nie jest to potrzebne. Pewnie też tak masz? Coś się dzieje, a Ty zaraz roztrząsasz to na wszelkie możliwe sposoby. Tworzysz każdy możliwy scenariusz a zazwyczaj zły i zaprzątasz sobie głowę czymś, co nie jest Ci w tym momencie w ogóle potrzebne.

Pytam mojego kumpla:

- Jak Ty do cholery potrafisz się tak niczym nie przejmować?

Odpowiada:

- To nie jest tak, że ja się nie przejmuje. Ja po prostu wiem, kiedy się przejmować. Jeżeli świat jeszcze nie wali mi się na łeb i nie trzeba uciekać, to nie ma też o czym myśleć. Żyje sobie dalej i się zobaczy.

Rozumiesz?

Ja teraz rozumiem, ale wcześniej nie rozumiałam i za cholerę nie byłam w stanie pojąć, jak można się tak życiowo nie ubezpieczać. Jak nie rozważać wad i zalet danego posunięcia. Jak nie tworzyć sobie możliwych scenariuszy, by być na nie zawsze gotowym. To mi się normalnie nie mieściło w głowie. Ja każdy problem musiałam przepracować. Dosłownie przetrawić w środku bebechów i wypluć albo wysrać, w zależności od tego, którą stroną poszło i jaki był wynik.


To jak z tymi obowiązkowymi badaniami krwi i kału w pracy, żeby szef mógł sprawdzić, czy pracownik ma pracę we krwi czy w dupie.

Słabe – wiem, ale kiedyś mnie to śmieszyło.

Mniejsza z tym.

Ten kumpel mówi mówi:

- Po co myślisz o tym, co będzie i jak mogłoby być, skoro zawsze masz w głowie tylko negatywny scenariusz? Jak ja miałbym myśleć, to myślałbym albo dobrze albo wcale, bo na takie negatywne myślenie to mi życia szkoda. Ja się nie lubię niepotrzebnie zastanawiać. Ja robię, co mam zrobić i idę dalej. Co się ma stać, to się stanie.

Może faktycznie tak jest. Może za dużo rozkminiamy. Narzucamy na siebie takie jarzmo efektów jeszcze zanim nastąpią. Męczymy się tym myśleniem o rzeczach, które do niczego nie są nam potrzebne. Zawalamy sobie głowę setkami myśli, które niczego nowego nie wnoszą, prócz generowania strachu i kolejnych wątpliwości.

Jeszcze zanim poznamy rezultat, tworzymy w głowach sieć powiązań i zależności, próbując sobie wmówić efekt albo przedstawić wszystkie argumenty za tym, że nie taki będzie. Zamiast naturalnie cieszyć się tym, co w danej chwili robimy, zastanawiamy się, jak to wyjdzie w pracy, jak wyjdzie z mężem, jak się tam dziecku wiedzie, czy pisiory czy inne peowce zrobią tego, czego nie chcemy czy nie zrobią.


Calutki boży dzień bombardujemy się niepotrzebnymi rozkminkami, a i tak nic z tego nie ma. Może Ty też tak za dużo rozkminiasz. Otworzysz tylko oczy i już czujesz w głowie walkę. Nie wiesz co z czym walczy, ale wiesz, że wióry lecą i tak do wieczora. Później zamykasz oczy na kilka godzin, znów je otwierasz i tak w koło Macieju.

A mój kumpel mówi tak:

- Jak byłem młody, to godzinami rozmyślałem, czy uda mi się skończyć szkołę. Później myślałem jak to będzie na studiach. Jak je skończyłem to srałem ze strachu po krzakach zastanawiając się, czy znajdę dobrą pracę i czy w ogóle jakoś sobie poradzę. Ciągłe był ten sam temat i ta sama wojna w głowie. Tylko że ona nic nie zmieniła. Co się miało zdarzyć to się zdarzyło i to moje rozkminianie nic w tym ani nie pomogło, ani nie zaszkodziło.

Szkoła jakoś mu poszła. Studia też nieźle. Jakoś wyszedł na ludzi, pracuje i dobrze mu się żyje. Niczego mu nie brakuje i niczego nie ma za dużo. Ja wiem, że mogłoby być lepiej, ale to, czy by o tym myślał czy nie, niczego by nie zmieniło. Bo rozumiesz, jak my myślimy?

Nie tak jakoś twórczo, tylko po prostu strachem. Budujemy sobie w głowie scenariusze i mówi się na to, że nas męczy jakiś problem. Każdy wtedy myśli po swojemu, ale jedno wiem na bank: ten rodzaj myślenia nie jest ani twórczym ani kojącym. Jest tym, który nas zjada. Zżera nas kawałek po kawałku i gdy wieczorem kładziemy się do łóżka, to mamy dość. Dość tej walki z samym sobą. Dość wysuwania kontrargumentów na nasze strachy i potwierdzeń na nasze pragnienia.

Lepiej jest się zresetować. Zająć czymś, co chcemy robić. Przestań myśleć, co stanie się jutro.

Za dużo rozkminiamy, zamiast żyć. Bo życie może być niemyśleniem. Tak jak czucie może być brakiem dotyku. Wszystko może być tym, czym jest. Kwestia jest tylko taka, co nam pasuje i co chcemy czuć.

A teraz proszę Cię, żeby tutaj oficjalnie złożyć oświadczenie treści następującej:

- Obiecuje sobie nie myśleć o tym, o czym nie muszę i czego nie chce.

Tylko szczerze, bo przyjdę i sprawdzę. :)

3 komentarze:

  1. Fajny kolega:) lubię takich ludzi, którzy mają pozytywne nastawienie do życia i nie szukają na siłę problemów. Wierzę w to, że jesteśmy tym, co myślimy, więc...wolę nie tworzyć złych scenariuszy;) Także uroczyście ślubuję - nie będę za dużo rozkminiać;) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja obiecuję więcej nie rozkminiać na temat jak mnie ocenią i odbiorą inni i nie przejmować się cudzymi opiniami ;-D

    OdpowiedzUsuń
  3. Uświadamiam sobie, że mnie się już czasem zdarza nie kminić, a istnieć jeno:) Ostatnio właśnie rozmawiałam ze znajomym, że ludzie za bardzo serio biorą życie:) a przecież nic nie musi być idealne, żeby było rewelacyjne :)

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.