Przyciąganie pecha, czyli jak się idealnie oszukiwać?

czerwca 12, 2017



Pech – taka cholera, która przypałęta się do Ciebie, przyczepi jak rzep do psiego ogona i niszczy życie. Możesz mieć pecha w miłości, w kwestiach materialnych albo ogólnego pecha nad pechy i święte przekonanie, że to taka złośliwość rzeczy martwych. Nic z tych rzeczy.

Słowo pech powtarzamy jak mantrę, bo tak jest łatwiej. Po prostu łatwo jest zdjąć z siebie odpowiedzialność za to, co się robi. Pech to najlepsza wymówka do tego, żeby nie dostrzegać siebie w świecie. Wystarczy powiedzieć „no cóż, mam pecha” i sprawa załatwiona. Nikt się nie czepia, Ty nie musisz kminić, co robisz nie tak i problemy zamiecione pod dywan.

Żyjemy w przekonaniu o pechowości świata i swojego życia, bo tak jest najprościej. To zwalnia Cię od myślenia. Zdejmuje z barków ciężar głupich decyzji i zaniedbań samego siebie. Pechem odseparowujesz się od swojego prawdziwego Ja. Odcinasz się od rzeczywistego źródła problemu – od siebie i swojego myślenia. Nie zrozum mnie źle, Ty nie jesteś problemem. Ty jesteś po prostu generatorem swojego problemu. Jesteś jego pierwszym i ostatecznym twórcą, który nie ma świadomości, że tworzy. Ty jesteś tym kimś, kto ma całkowitą kontrolę nad „pechem”, ale nie chcesz się do tego przyznać, no bo po co? Lepiej powiedzieć, że ma się pecha i żyć dalej w słodkiej nieświadomości.

Uwierz mi, nie masz pecha. Naprawdę go nie masz. Wymyślasz go i nawet nie masz pojęcia, w jak prosty i głupi sposób.

Jak powstaje pech?


Mechanizm powstawania pecha jest bardzo prosty: coś zdarza Ci się raz i Cię wkurza. Całym sercem nie chcesz, żeby zdarzyło się po raz drugi i właśnie dlatego się zdarza, bo tak to od siebie odpychasz. Po drugim razie zaczynasz się zastanawiać nad tą sytuacją i obawiać jej jeszcze bardziej. Przyciągasz więc trzecią i masz już absolutną pewność, że to pech. Od teraz jesteś pechowcem, który cały czas wałkuje to samo, tylko że na różne sposoby. Każda kolejna powtórka utwierdza Cię w przekonaniu o pechu. Nawet wprost o tym mówisz, czym  wzmacniasz wibrację „pechowości”. Wzorzec jest cały czas zasilany i funkcjonuje coraz wyraźniej. Lata mijają, a Ty żyjesz w przekonaniu, że miałeś pecha. Ot i cała filozofia.

Niektórzy ludzie mają jakąś taką dziwną tendencję do przyciągania pecha. Cokolwiek nie zrobią, wszystko się wali. Jakąkolwiek decyzję podejmą, wychodzi im ona bokiem. Wiesz dlaczego? Bo oni właśnie tego się boją. Obawiają się powtórki z rozrywki, boją, że będzie tak, jak zwykle, że znowu dadzą plamy. Że znowu się nie powiedzie, że ktoś ich wydyma i nie będą mieli na to wpływu. Nie ma znaczenia, czy boją się świadomie, czy podświadomie – strach to strach.

Utożsamiamy własne wybory z pechem po drugiej czy trzeciej powtórce. Przykładowo, jeżeli zdradził Cię już drugi mężczyzna z kolei, to zaczynasz sądzić, że to jest pech i że coś z Tobą nie tak, bo tego pecha przyciągasz. Masz rację – coś jest z Tobą nie tak. Nie tak jest Twoje myślenie. Cokolwiek wygenerujesz, czynisz to za pomocą swojego myślenia, odczuwania i przekonań.

Większość rzeczy, jakie robimy w życiu, robimy nieświadomie. Po prostu gdzieś tam w środku funkcjonuje jakiś program, który tak filtruje świat, żeby ciągle postępować jednakowo. Ten program nakierowuje Cię na konkretnych ludzi, konkretne działania, rozwiązania i drogi postępowania. On nie myśli racjonalnie, a już tym bardziej w zgodzie z Twoimi pragnieniami. On postępuje tak, jak został zaprogramowany. Skoro radio zaprogramowano na odbieranie fal radiowych, to dziwnie byłoby sądzić, że będzie nadawało fale mikrofalowe.


Pecha generuje strach – takie jest moje zdanie. Strach przed powtórką tego, co Cię bolało. Obawa, że to może zdarzyć się znowu. I ten strach właśnie sprawia, że dosłownie przyciągasz do siebie te powtórki jak magnes. No nijak nie da się tego wytłumaczyć inaczej. Najlepiej byłoby się nie bać, prawda? Wiem, że to jest trudne. Wiem doskonale, że często wydaje nam się, że to jest takie cholernie trudne, że nie sposób tego efektu w ogóle osiągnąć. Ale na strach jest jeden sposób:

Trzeba całkowicie zaakceptować to, czego się tak boisz. Nauczyłam się tego od Tresury Martrixa. Zaakceptowanie strachu sprawia, że prawdopodobieństwo sytuacji, której nie chcesz spada, albo po prostu przestajesz się nią przejmować, kiedy już się zdarzy. Strach zaakceptowany to strach, który ma mniejsze prawdopodobieństwo na wygenerowanie niechcianej sytuacji.

Robisz tak:

Wyobrażasz sobie strach, tj. sytuację, której się boisz, najdokładniej, jak tylko się da. Nadajesz jej takie cechy, jak chcesz, a później podchodzisz do tego strachu i go przytulasz. Obejmujesz go i mówisz mu w myślach, że akceptujesz fakt, iż pochodzi od Ciebie i Ty go stworzyłeś. Mówisz mu, że nie masz go już zamiaru dalej odrzucać.

Bo wiesz, z tym strachem to jest tak trochę jak z dzieckiem, którego się nie kocha. Wiesz, że jest Twoje, ale nie chcesz się przyznać. Im bardziej od niego uciekasz, tym gorzej dla sytuacji. To jak z potworem, im dalej jest, tym bardziej nie wiadomo jak naprawdę wygląda i czy trzeba się go bać. Kiedy się do niego zbliżysz, zobaczysz, że uciekałeś przed samym sobą. Potrafimy tak uciekać przez całe życie.

Sposób na pecha


Nie twierdzę, że akceptacja pechowych sytuacji sprawi, że one znikną. Nie ma tak łatwo skarbie. Jestem natomiast pewna, że nawet gdy nie znikną, to zmieni się Twoje postrzeganie. A taki pech, którego się nie postrzega jako pecha, to pechem nie jest. Odcinasz się od emocjonalnego postrzegania problemu. Zerujesz swoje emocje i ani Cię to parzy, ani ziębi. Im bardziej masz wylane, tym mniejszy nacisk i mniejsze prawdopodobieństwo, że pechowe sytuacje będą się powtarzać.

No więc robisz tak:

Zakładamy, że Twoim pechem są rozpadające się związki.

Stajesz sobie przed lustrem i mówisz do swojego odbicia z pełnym przekonaniem i świadomością tego, co mówisz:

Akceptuję, że każdy mój kolejny związek się rozpadnie. Przestaje się tego bać. Jestem w pełni świadom, że tak może być zawsze.

Wiem, że to brzmi tak strasznie, że możesz się tego bać, ale ta akceptacja wiele zmienia. Warunek jest tylko taki, żeby akceptować naprawdę, a nie tak tylko wyklepać i myśleć, że da się oszukać świat. Pamiętaj, że jego nie oszukasz, bo rejestruje nie tylko słowa, ale też uczucia i oczekiwania. Jeżeli wyklepiesz na pałę, że akceptujesz problemową sytuację, a w głębi duszy nigdy do tej akceptacji nie dopuścisz, to nie myśl, że coś się zmieni. Nie oszukuj się, bo wtedy boli jeszcze bardziej.

Pecha generujesz samodzielnie, jak zresztą wszystko w życiu. Im bardziej się go boisz, tym bardziej go masz. Im bardziej mu zapobiegasz i chowasz się przed nim, tym więcej sposobów znajdzie, żeby Cię dopaść. A później jest płacz i zgrzytanie zębów, ale to nie tak działa. Jeżeli umiesz stworzyć pecha, to potrafisz go też zniszczyć.

Trzeba po prostu podjąć decyzję i przestać działać na oślep. Chcesz mieć pecha, to wierz w niego dalej. Nie chcesz go mieć, to zobacz, jak pięknie wykreowałeś go swoim strachem i jak go tym strachem zasilasz. Odetchnij dopływ strachu, a pech się udusi. Innej rady nie ma.

Wierzę, że możesz odwrócić pecha, kiedy przestaniesz go postrzegać tak, jak postrzegasz go teraz. Gdy zaakceptujesz, że będziesz go mieć i zapomnisz, jak to jest trząść się na myśl, że TO znowu Ci się przydarzy. Powiedz: ok, niech się dzieje, poczekam sobie i popatrzę. I wtedy rzeczywiście patrz, co się dzieje. Obserwuj jak pech się rozpuszcza. Nie ma jedzonka w postaci Twojego strachu i ginie, ale przecież wcale nie będziesz za nim płakać, prawda?

5 komentarzy:

  1. Akceptuję, że wszystkie moje związki będą się rozpadać????? OMG?! Nieźle. Nie wiem jaką siłę trzeba w sobie mieć, żeby naprawdę coś takiego zaakceptować? Jak się tak bardzo pragnie mieć szczęśliwy związek, to jak wbrew temu pragnieniu zaakceptować fakt, że każdy będzie porażką już do końca życia? Czy to jest naprawdę możliwe?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To brzmi jak utopia i jest szalenie trudne. Wiem, bo sama musiałam to kiedyś zrobić. Wbrew sobie nie zaakceptujesz. Nie ma czegoś takiego jak "akceptacja ukryta". Trzeba albo całym sobą albo w ogóle. Działasz w konkretnym celu, ale jednocześnie z pełną świadomością przyjmujesz, że nic może z tego nie wyjść.

      Usuń
  2. No tak, nic wbrew sobie. Niby wiesz, że jak tego nie zrobisz, to dupa blada ale jak to zrobić? Jak znaleźć siłę, moc. Dla mnie jest to niepojęte jak miałabym to zaakceptować. Pewnie powiesz, że mam zamknęte serce i umysł ... Szaleństwo. Mogłabym spróbować, tylko myślę,że ja bym właśnie próbowała oszukać samą siebie. Świadomość podpowiada, że się nie da...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tam, gdzie pierwszy raz usłyszałam o tej metodzie, powiedzieli mi, że jeżeli się boję, to znaczy, że nie osiągnęłam jeszcze granicy bólu. Jeśli się ją osiągnie, to skacze się w przepaść akceptacji bez zastanowienia.

      Usuń
  3. no tak...ale to jak samospełniająca się przepowiednia; akceptujesz rozpad każdego następnego związku, wchodzisz w nowy związek i....projektujesz świadomie lub nie, równię pochyłą, rychłe zakończenie..

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.