Minimalizm w życiu – na czym u mnie polega?

kwietnia 13, 2017

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o idei minimalizmu, od razu zrozumiałam jego założenia. Wiedziałam, że minimalizm nie oznacza spania na betonowej posadzce i chodzenia ciągle w jednych i tych samych gaciach. Wiedziałam, że minimalizm to taki kompromis między posiadaniem na potęgę, a nie posiadaniem wcale. Taki złoty środek, w którym ograniczam liczbę rzeczy do tylu, ile jest mi potrzebne, ale oczywiście nie wyrzucam wszystkiego.

Minimalizm w życiu - co to?


Czasami w rozmowie z ludźmi spotykam się z trochę opacznym zrozumieniem minimalizmu. Dzisiejszy mocno konsumpcyjny styl życia wydaje się ludziom taki ok, że minimalizm w życiu postrzegają jako niemal absolutny brak posiadania czegokolwiek.

Prosty przykład - rozmawiam ostatnio z kolegą:

M: Co robisz?
Ja: Czytam książkę.
M: O czym?
Ja: O minimalizmie.
M: No nie gadaj, że masz zamiar wszystko wyrzucić, przestań się malować i sprzedać samochód?
Ja: Hmmm?

I tak to jest. Dla mnie minimalizm w życiu oznacza pozbycie się lub ograniczenie tego, co leży. Tego, czego nie używam, co się marnuje, czego mam po kilka czy kilkanaście sztuk. Dla innych natomiast jest to zrezygnowanie ze wszystkiego i zamieszkanie w kurnej chacie albo jakiejś innej jaskini. Skąd to niezrozumienie idei minimalizmu? Ano stąd, że tak przyzwyczailiśmy się do nadmiaru. Widzę przywiązanie do konsumpcji wśród osób po 30. Przede wszystkim u nich, bo wychowani w czasach, kiedy nie funkcjonowało pewnie takie słowo jak minimalizm, doświadczali go w życiu.

Życie było minimalne. Sklepy puste, cukier na kartki a kiecki z firanki. To był standard, więc nikt nie nazywał tego minimalizmem. Osoby wychowane w braku, po rewolucji gospodarczej wpadły w szał kupowanie. Natomiast my – pokolenie wychowane raczej w dostatku (mam 28 lat) tego nie znamy. Dlatego dla nas minimalizm jest naturalną próbą funkcjonowania w innej przestrzeni niż zagracone strychy naszych rodziców.


Ja nie pamiętam czasów, kiedy w naszym kraju coś było reglamentowane. Byłam wtedy jeszcze malutka, a te czasy, które pamiętam, czyli tak gdzieś od momentu pójścia do szkoły, były chyba normalne. Oczywiście się nie przelewało, ale wiem, że raczej panowała wtedy dość duża dostępność towarów. Jasne, że nie tak jak teraz, ale było tego w sklepach sporo. Wystarczyło tylko mieć pieniądze.

Minimalizm w praktyce


Dla mnie minimalizm to po prostu lekkie ograniczenie. Naprawdę nie mam zamiaru budować garderoby kapsułkowej jak Madame Chic (10 elementów), sprzedawać auta ani zostawić sobie w domu pustych ścian. Znajduje złoty środek. Minimalizm w praktyce wygląda u mnie mniej więcej tak:

- Nie kupuje ani nie trzymam po dwa takie same kosmetyki (a jeśli już to bardzo rzadko – w momencie, kiedy jeden się kończy, a drugi już kupiłam).

- Ograniczam liczbę kosmetyków – minimalizm kosmetyczny zawsze był mi bliski i kiedy słyszałam albo czytałam „moja kolekcja kosmetyków”, to nóż mi się w kieszeni otwierał. WTF? Kolekcjonować to można znaczki.

- Wyrzucam niepotrzebne dokumenty, paragony, karteczki, notatki, gazety a dokumenty mam posegregowane w teczkach i segregatorach. Osobno bankowe, osobno od działki, firmy itd.

- Nie zapycham przestrzeni meblami. Ma być przestronnie.

- Pozbywam się bibelotów – słoniki, figurki, wazoniki i inne pierdoły nie są już dla mnie. Jeden bibelot czy dwa ok, ale nie całe szafki.

- Karczuje działkę – wycinam drzewa i krzaki, rozbieram zbędne budynki (mam takowe a do niczego nie są mi potrzebne). W sumie do samoistnego zawalenia nie jest im daleko, ale mimo wszystko chce to zrobić sama.

- Ograniczam zawartość szafy i pilnuję się, żeby nie kupować jak głupia. Tutaj świetnie sprawdziła się u mnie garderoba kapsułkowa. Tak naprawdę to od niej zaczął się mój minimalizm.

- Utrzymuje porządek – drobne przedmioty mają swoje pudełka, każdy element garderoby swoje miejsce a kosmetyki kosmetyczki i własną szafkę. Zawsze wiem, gdzie co mam. Nie jestem pedantyczna, ale kiedy gdzieś coś położę czy postawię, to ma to tam stać i koniec. Ja niczego nigdy nie gubię (w przeciwieństwie do mojej mamy).


Minimalizm w praktyce nie jest u mnie ascezą, ale porządkiem i ograniczeniem. Nie drastycznym, ale na tyle dużym, żebym zawsze wiedziała, gdzie co jest i ile czego mam. Naprawdę wiem o każdej rzeczy, którą posiadam. Na pewno nie jest tak, że gdzieś na dnie jakiejś szafki czy szuflady coś leży, a ja sobie nie zdaje sprawy z tego, że to tam leży. Minimalizm w życiu jest u mnie jakoby wymuszony stylem tego życia. Brakiem czasu, nerwowym charakterem i potrzebą sprawowania kontroli nad otoczeniem. I czuje się z tym absolutnie świetnie.

Mam jeszcze sporo rzeczy. Z pewnością nie tyle, ile „prawdziwi minimaliści” i nie mam zamiaru ograniczać się bardziej, niż tego potrzebuje. Nie mam zamiaru niczego robić dla zasady, bo jakaś tam minimalistka ma jeden flakon perfum, to ja też muszę mieć jeden. Nie, ja mam cztery i jeżeli będę chciała, to będę miała i 5. Minimalistyczny styl życia dopasowuje nie do czyichś standardów, ale do swoich.

Dlatego też nie daj się przekonać, że staniesz się minimalistą, jak zostanie Ci jedna książka i dwie pary butów. To tak nie działa. Będziesz minimalistą wtedy, kiedy z własnej woli zaczniesz zmniejszać ilość posiadanych rzeczy do takiej, jaką uznasz u siebie za stosowną. Amen.

1 komentarz:

  1. Właściwie to wszystko sprowadza się do zdrowego rozsądku i umiaru. Tak pod siebie, żeby nic nie leżało, tylko było użytkowane. Bo jak nie jest, to tylko zagraca i dbać trzeba.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.